niedziela, 19 stycznia 2014

Rudzielce


Niedaleko miejsca, gdzie mieszkam, jest skwer, właściwie mały lasek pełen wiewiórek. Dawno go nie odwiedzałam, jakoś zabrakło czasu, lecz w końcu dotarłam tam pewnego pochmurnego, grudniowego przedpołudnia. Z początku wydawało mi się, że rudzielce wyniosły się - w lasku panowała cisza. Ale wystarczyło przykucnąć pod jednym z drzew, poczekać, aż przejdą spacerowicze z psami, postukać trochę orzechami... Zaczekać cierpliwie... I już wkrótce na korze zaszeleściły pazurki... 

Trzy, pięć, sześć... Chyba nawet siedem ich tam było. W polu widzenia :) Ostrożniejsze niż kiedyś, nie podchodziły aż tak blisko, do tego brakowało słońca, więc zdjęcia nie są najlepsze :/

Ale chociaż nogi mi ścierpły, czas spędziłam przyjemnie :)









sobota, 18 stycznia 2014

Styczniowe forsycje


Zdjęcie sprzed kilku dni. Teraz już pewnie obmarzły... Ale zawsze to ciekawostka.

piątek, 17 stycznia 2014

O fotografii: Elena Shumilova


Choć nadal czuję się ledwo żywa po krótkotrwałej, lecz b. wyczerpującej grypie żołądkowej:/, nie mogłam się powstrzymać, by nie pokazać Wam tego:



Link podsunął mi mąż w ramach tej wyjątkowej i intensywnej troski, którą oba moje chłopaki mnie otoczyły, wystraszeni 100% niedyspozycją dotychczas niezawodnej mamy/żony. 

Zdjęcia pani Eleny... Ach! Oczywiście, jest tam doskonałe szkło i wiele pracy w Photoshopie, ale i ogromny talent autorki, jej oko do tych doskonałych momentów (światło!! większość ujęć została zrobiona w złotej godzinie), idealne kadry i to coś :) Wspaniałe, pełne ciepła i miłości fotografie :)


sobota, 11 stycznia 2014

Bandyta: Wizyta w Sacramento


Wreszcie się udało.

Już od dawna chciałam wrócić na rancho w Mojave, zobaczyć, co słychać u moich ulubieńców, lecz ciągle brakowało czasu, by spokojnie z nimi usiąść. W końcu, po ponurym i deszczowym Alpine potrzebowałam rozgrzać się trochę w słońcu, a skoro u mnie za oknem plucha - powędrowałam do upalnej Kalifornii. 

I tak dwa lata po skończeniu "Bandyty" zapraszam na wizytę - nie w Mojave, ale w Sacramento :) 

To nie jest może samodzielne opowiadanie, powiedziałabym raczej - nowela (o ile przymkniemy oko na dokładną definicję gatunku). Opowiedzieć o tym, co się w międzyczasie zdarzyło u naszych bohaterów, było prosto, więcej czasu zajęło mi zebranie materiałów do zbudowania tła: starych zdjęć i map, wiadomości o ludziach z tamtego okresu oraz ich problemach, czy choćby o rasach koni!

Sacramento, stolica Kalifornii, w połowie XIX wieku nie było cichym miastem. Raczej - barwnym, pełnym niespokojnych duchów. W trakcie szukania wiadomości przypomniało mi się, że to właśnie w tym okresie (choć nieco innym miejscu) rozgrywa się akcja "Córki fortuny" Isabel Allende (polecam!). Większość informacji, jakie zamieściłam w tekście, odpowiada faktom. Istniała zarówno frakcja demokratów Free Soil, jak i radykalna Chivalry, a podatki nakładane na chińskich "coolies" sięgały informacji, o których rozmawiali nasi bohaterowie. Ruch Know Nothing nie stronił od przemocy, choć akurat w Kalifornii był mało aktywny. Tylko niektóre okoliczności odrobinę ponaciągałam - np. w tamtych latach Bigler nie był liderem opozycji, lecz właśni gubernatorem (niezbyt miłym, więc nie mam wyrzutów sumienia). Trochę trudności sprawiły mi tłumaczenia (nazw partii, zwyczajowych określeń), gdyż opierałam się głównie na materiałach angielskojęzycznych. Ale ta praca to przyjemność - lubię dowiadywać się czegoś nowego, poszukiwania dają mi ogromną satysfakcję i świadomość, że w tej mojej pisaninie będzie choć ziarenko rzeczywistości :)

Starałam się, by nowela miała zamkniętą fabułę - w końcu to nowa przygoda - lecz przede wszystkim traktowałam ją jako okazję, by dowiedzieć się, co słychać u moich ulubionych bohaterów. Dlatego choć akcja toczy się w stolicy, pojawiają się również wieści z Mojave. Nie jestem pewna, czy polubiłam Katharinę, przy brunetce trudno się wykazać. Ale co zrobić - taką właśnie ją poznałam. Długo też zastanawiałam się, czy na koniec powinni sobie wszystko wyjaśnić. Być może rozwiązanie, jakie przyjęłam, nie każdemu się spodoba. Trudno. Przywilej autora, to decydować ;)

Zapraszam do Sacramento, na kolację do gubernatora, na przejażdżkę do chińskiej dzielnicy i spotkanie z... Och, czytelnicy "Bandyty" wiedzą z kim :) Poniżej mały fragment na zachętę :)


PS.  Hah, wiecie, jak ciężko jest znaleźć dziś brukselską koronkę? To oryginalny, XVII-wieczny wzór ;)


***

- Napisze pan do Samuela Davenporta, że chciałbym się z nim spotkać i omówić sugestie, jakie zawarł…
 
Elijah urwał w pół słowa wyczuwając trudną do uchwycenia zmianę w powietrzu. Omiótł przestrzeń spojrzeniem i wstał w samą porę, by złapać rozpędzone dziecko, które właśnie wpadło przez uchylone drzwi. Uniósłszy piszczącego z uciechy chłopca wysoko do góry zakręcił się z nim dookoła nie zwracając uwagi na wytrzeszczone w szoku oczy sekretarza.

- Elijah! Elijah! – skandował cienkim głosikiem malec.

Mężczyzna zaśmiał się i w końcu postawił dziecko na ziemi. W jego piersi coś się zacisnęło, dziwna gula ugrzęzła w gardle. Syn Lizzy, już taki duży.

Dziecko…

Być może już wkrótce on i Katharina również doczekają się swojego. Jęknął w duchu starając się zapanować nad napływającymi przed jego oczy obrazami, tęsknocie za pełną rodziną, potrzebą, jaka obudziła się w nim jeszcze w Waszyngtonie. Wtedy jednak patrzył na inną kobietę. Przełknął ślinę starając się stłumić niezręczną falę emocji.

- Jak to się stało, że skończył pan jako niania, majorze? – rzucił w stronę starszego mężczyzny, który oparł się o futrynę i ukradkiem ocierał pot z czoła.

- Panie są tak pochłonięte rozmową – wymamrotał Will – nie chciałem im przeszkadzać.

- A o czym tak rozprawiają?
 
- Słyszałem coś o turniejach czy konfiturach… i zabrałem Tony’ego.
 
Wzruszył ramionami zupełnie nie wyglądając na zmartwionego, jego wzrok nie odrywał się od krążącego po pokoju wnuka.

- Pańscy zięciowie?
 
 - Zdaje się, że wspomniał im pan o nowym koniu – mruknął gość.

- To brzmi na zdecydowanie męską rozrywkę – ocenił gubernator.

Starszy wojskowy wymamrotał coś pod nosem, a Elijah miał dziwne wrażenie, że padło imię córki majora, nie był jednak tego pewien. Szybko, zanim sekretarz mógłby mu w tym przeszkodzić przypominając o niedokończonym liście złapał Anthony’ego, który zdążył już wdrapać się na jego fotel i właśnie sięgał po kałamarz, po czym ruszył w stronę drzwi.

- Pan pozwoli, Will? Zobaczmy, jak sobie radzą prawdziwi mężczyźni.
 
W oczach Thomsona na moment zapaliło się coś, co zdaniem polityka podejrzanie przypominało rozbawienie. Zdecydował się nie zadawać na razie dalszych pytań.

Dopiero na korytarzu z zaskoczeniem zorientował się, że dziecko w jakiś sposób zdołało pochwycić jeden z leżących na biurku listów, więc ostrożnie wyjął mu go z dłoni i przekazał drepczącemu z tyłu Martinezowi. Na twarzy chłopca na moment pojawił się grymas rozczarowania, jego rączki szybko jednak znalazły nowe zajęcie. Gubernator zadecydował, że nie zależało mu na perfekcyjnie zawiązanym krawacie. Nie spiesząc się poprowadził majora do tylnego wyjścia, a następnie przez ogrody ku stajniom.
 
W pobliżu jednego z wybiegów zebrała się rozmawiająca z ożywieniem grupa. Kiedy zbliżali się do ogrodzenia, Elijah z zaskoczeniem spostrzegł, iż to wcale nie Jackson szykował się do wskoczenia na nerwowo szarpiącego się wierzchowca. Miedzianowłosy stał w szerokim rozkroku trzymając oburącz linę, na której szarpał się ogier o rzadkiej, kremowej maści. Pod wywiniętymi wysoko rękawami koszuli mężczyzny odznaczały się napięte mięśnie, dowód zmagań między człowiekiem a zwierzęciem.

- Jezu… – wyrwało się politykowi.
 
Will tylko prychnął i wyjął z jego ramion dziecko, które zaczęło się niespokojnie wiercić.
 
- Piękne umaszczenie, panie Graham – mruknął pod nosem major. – Teraz rozumiem, dlaczego nie mógł się pan oprzeć pokusie nabycia tego konia. 

Zwierzę nie zamierzało się łatwo podporządkować. Jego drżące chrapy unosiły się odsłaniając zęby, wykręcał głowę, by zerknąć do tyłu i przebierał nerwowo smukłymi nogami bezskutecznie usiłując odsunąć się od ludzi. Niespokojny palomino miał wyjątkowo jasną sierść, lśniącą w słońcu niczym złoto, ogon i grzywa wydawały się niemal białe. Uwaga obserwatorów nie skupiała się jednak na wyglądzie ogiera.

- Ekscelencjo! To przecież… – John Martinez zachłysnął się powietrzem. – Pani Jackson może stać się krzywda!

W tym samym momencie szczupła postać w męskim stroju przysunęła się bliżej konia i w błyskawicznym, zwinnym ruchu wskoczyła na jego siodło. Lucas poluzował linę pozwalając żonie zatańczyć na grzbiecie rozdrażnionego wierzchowca. Obserwujący widowisko mężczyźni wstrzymali oddech, jedynie major odwrócił się pokazując wnukowi zwierzęta kręcące się niespokojnie w sąsiedniej zagrodzie.

- Można przyzwyczaić się do jej pomysłów? – spytał na bezdechu Elijah.
 
- Najlepiej trzymać się z daleka i w ogóle nie być ich świadkiem – mruknął Nathan z pozorną nonszalancją opierający się łokciami o ogrodzenie. Zawahał się, by po chwili dodać: – Choć nie, Lizzy i tak znajdzie sposób, by człowieka zaskoczyć.

Blondyn uśmiechał się jakby pod przymusem, jego wzrok nieprzerwanie śledził szalone akrobacje brunetki, w nieprawdopodobny sposób wczepionej w grzbiet oraz grzywę zwierzęcia. Dziewczyna wydawała się być przyklejona do siodła, lecz nagle koń wykonał gwałtowny zwrot, kobieta krzyknęła i zakreśliła w powietrzu łuk Na ułamek sekundy wszystko zamarło. Zanim gubernator zdążył choćby mrugnąć czy zrozumieć, co się stało, Nathan był po drugiej stronie płotu biegnąc w stronę brunetki, miedzianowłosy natomiast zapierając się całym ciałem odciągał spokojniejsze już zwierzę do czekających nieco dalej stajennych.

- Żyję! – krzyknęła Lizzy unosząc dłoń.
 
Blondyn nachylił się nad nią próbując ją powstrzymać, lecz kobieta, z bolesnym grymasem na twarzy, już się podnosiła. Obydwoje wymienili szeptem jakieś uwagi, po czym Nathan westchnął z rezygnacją i pomógł szwagierce wstać. Ledwo znalazła się na nogach, szeryf przekazał ją w ręce Lucasa, który właśnie podbiegł.

środa, 8 stycznia 2014

Spóźniona paczka


Dostałam dziś przesyłkę - długo na nią czekałam, ponad miesiąc, ale za to cierpliwie, gdyż obie powieści - w wersji elektronicznie - zdążyłam już przeczytać kilkakrotnie. Nie przeszkodziło mi to odtańczyć małego tańca dookoła wersji papierowych. Jak to jest, że niektóre książki cieszą bardziej niż inne?


wtorek, 7 stycznia 2014

Porzucone, zaśmiecone...


Na opuszczony PGR natknęliśmy się zupełnie przypadkiem. Długi spacer wydawał się najlepszą alternatywą dla świątecznego stołu, a przy okazji - sposobnością do poznania nowej okolicy. Na uboczu podwrocławskiej wsi Kamień trafiliśmy na nieco zapuszczony park (z malowniczymi ruinami), szczelnie jednak odgrodzony, oraz - porzucone gospodarstwo.

Nie byłabym sobą, gdybym nie wetknęła tam nosa...



Choć zabudowań było stosunkowo niewiele, widok był bardzo przygnębiający - sypiące się powoli budynki, smętnie zwisająca z dachu folia, zapomniana stróżówka z tabliczkami "teren monitorowany". I śmieci. Ogromne ilości śmieci - hałdy kruszejącej folii, puste opakowania po nawozie rozsypane pomiędzy budynkami i wypełniające dawną oborę.

Przygnębiające. Przerażające.








poniedziałek, 6 stycznia 2014

O fotografii: Kwiaty na białym i na czarnym, cz. 3


Pokazywałam już wyniki moich wcześniejszych eksperymentów z fotografowaniem kwiatów na jasnym i ciemnym tle, na przykładzie róż i żonkili, teraz przyszła pora na tulipany. Już mi się wydawało, że nie lubię białego tła, a te próby miały mnie tylko utwierdzić w tym przekonaniu, ale okazało się, że tulipany, przynajmniej w tym odcieniu, całkiem nieźle wypadają w jasnym układzie.

Zabawa przyjemna, wiele uczy o kolorach :)

Zdjęcia są surowe, praktycznie bez obróbki graficznej, a przeleżały ostatnich kilka miesięcy tylko dlatego, że zrobiłam ich za dużo i nie mogłam się zdecydować, które wybrać.












500. post

 
Wydawało mi się, że mniej teraz piszę, a tu jednak... 500 post. Czas leci (za szybko). Wolne chwile staram się ostatnio spędzać jak najdalej od komputera, zajęć nie brakuje: trochę eksperymentów z fotografią, trochę testowania nowej maszyny do szycia, to znów - szkice do opowiadań, etc. Zawsze znajdzie się coś ciekawego do zrobienia, nawet jeśli doba byłaby dwa razy dłuższa. Za PTA ciągle nie mogę się zabrać, lecz kończę właśnie inny tekst, niespodziankę, do której nie mogłam się zmobilizować od miesięcy. Mam nadzieję, że będzie się Wam podobać :)

***

Pod jego stopą niespodziewanie zaskrzypiał stopień rozdzierając ciszę nieprzyjemnym dźwiękiem. Alec zamarł, lecz Edward, który znajdował się wyżej, skoczył zwinnie do przodu i przylgnął do ściany tuż obok wyjścia na korytarz. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji. Sekundę później drzwi się uchyliły, by wypuścić mężczyznę z twarzą przesłoniętą ciemną chustką. Graham nie miał okazji mu się przyjrzeć, gdyż uwaga skupił na rewolwerze wycelowanym w jego pierś. Nie potrafił powiedzieć, co się później wydarzyło. Edward poruszył się zbyt szybko, by dało się śledzić jego ruchy, a w następnej sekundzie zamaskowany napastnik osuwał się na ziemię w ramionach miedzianowłosego. Pierś mężczyzny mieniła się świeżą, pulsującą czerwienią.



- Jezu Chryste… – wymamrotał Alec.



Z oddali dobiegło ich niewyraźne wołanie, przypominające „ratunku”.



Graham poczuł, jak zawartość żołądka podchodzi mu go gardła, chciał coś zrobić, działać, lecz paraliżowała go świadomość braku odpowiednich umiejętności. Jego towarzysz tymczasem przeciągnął ciało na schody, ułożył z boku, po czym nie zwracając uwagi na gubernatora wyjrzał ostrożnie na korytarz. W międzyczasie Alec zdołał nieco odzyskać panowanie nad sobą i pokonał ostatnie stopnie z nadzieją, że żaden z nich już go nie zdradzi.



Gdzieś na dole schodów kobiecy głos zaczął przeraźliwie krzyczeć.


W tej samej chwili na piętrze rozległy się dwa następujące po sobie strzały.






piątek, 3 stycznia 2014

Wyjątkowo ciepła zima?


Żeby nie było - za mrozem nie tęsknię. W ogóle chciałabym już wiosny, ale skoro na tej naszej szerokości geograficznej musimy na nią jeszcze poczekać, to niech będzie już choć tyle ciepła. Trochę to ogłupiające dla zdrowia, więcej chorób, trochę ryzykowne dla roślin, które mogą się obudzić.

Zima pewno jeszcze uderzy, w końcu srogi luty przed nami... W ubiegłym roku śnieg trzymał się jeszcze w kwietniu. Jak będzie w 2014?





Mój prywatny ranking romansów epokowych


Zainspirowana postem z bloga DearAuthor postanowiłam sporządzić mój własny, mały ranking. Jest w tych książkach coś magicznego: okres Regencji, panie w pięknych sukniach i eleganccy panowie (oczywiście o ile pamiętamy tylko o balach, nie o tych mniej przyjemnie pachnących aspektach epoki)... Świat na tyle odległy, że dla mnie stanowi doskonały sposób na oderwanie się od codzienności.

Zastanawiając się nad listą - stwierdziłam, że łatwiej będzie mi skupić się na nazwiskach autorów niż konkretnych tytułach. Niedawno pisałam, w odniesieniu do literatury fantasy, iż męczą mnie ciągnące się na siłę serie, lecz w przypadku tych epokowych - mam w sobie zdecydowanie więcej cierpliwości do poznawania historii kolejnych członków rodziny. Choć z drugiej strony, gdy "przedawkuję" sobie tego rodzaju literaturę, dostaję czkawki na sam widok takich słów jak "hrabia" czy "markiz". Ale to tak zawsze - co za dużo, to niezdrowo i moja sympatia do powieści historycznych powraca falami.

Na najlepsze z nich trafiłam dzięki Vic, zarówno dzięki jej recenzjom, jak i bogatej kolekcji na chomiku :)

A przechodząc do rankingu... Tak poza klasyfikacją, na honorowym miejscu, wypadałoby wymienić kilka nazwisk, które niekoniecznie kojarzą się z "romansami" jako takimi: chociażby Guy Gavriel Kay, Lew Tołstoj, Fiodor Dostojewski, Isabel Allende czy paru innych, którzy niekoniecznie powinni znaleźć się w jednej linijce. Och, właśnie. Proza iberoamerykańska też ma tą magię, ale nie o niej chciałam pisać...

Rozstrzygnięcie odnośnie dwóch pierwszych miejsc w tej małej zabawie okazało się trudne - uznałam, że obie autorki zasłużyły na nie ex aequo, natomiast pozostałe pozycje nie budzą już takich emocji, więc kolejność będzie raczej przypadkowa :)



1. Judith McNaught

Przeczytałam co prawda tylko kilka powieści tej autorki, za to zrobiły one na mnie spore wrażenie. Zaintrygowały mnie wyraziste postacie oraz rozbudowana fabuła - dość długa, pozwalająca się wciągnąć. Oczywiście, mogłabym się przyczepić: bo wszyscy oni byli tacy śliczni, na swój sposób idealni, bo każdy miał tam jakąś traumę za sobą, etc. Jednakże na tle innych romansów epokowych - te plasują się w ścisłej czołówce :)

Przede wszystkim - "Na zawsze" ("Once and Always"). Do tej historii chyba najczęściej powracam :) Victoria jest ma w sobie tyle uroku, tyle energii... Typ bohaterki, którą bardzo lubię :) Pozwolę sobie przytoczyć jeden z moich ulubionych fragmentów.

"- Wprawiła w ruch wszystkie języki w mieście. Czy naprawdę powiedziała Roddy’emu Carstairsowi, że pobije go w strzelaniu z jego własnego pistoletu?
- Nie - odparł sucho Jason. - Powiedziała mu, że jeżeli jeszcze raz będzie się do niej zalecał w nieprzystojny sposób, to go zastrzeli, a jeżeli zdarzy jej się chybić, poszczuje na niego Wilka. A jeśli Wilk z nim nie skończy, to żywi głębokie przekonanie, że zrobię to ja. - Roześmiał się i potrząsnął głową. - Po raz pierwszy się zdarza, by nominowano mnie do roli bohatera. Poczułem się jednak nieco zmartwiony, że zająłem dopiero drugie miejsce po psie."


Historie Judith McNaught są dość długie, można powiedzieć, że podążają podobnych schematem (jak zresztą wiele romansów - od nieufności/niechęci, przez pożądanie, dopiero potem zauroczenie, jakiś baaaarrdzo dramatyczny kryzys, po radosny finał), lecz dzięki swojej długości - kolejne etapy nie wydają się naciągane - czytelnik ma czas, by przyzwyczaić się do emocji bohaterów, stają się one dość wiarygodne.

Podobały mi się "Coś wspaniałego" i "Jak w raju", lecz w odniesieniu do "Whitney, moja miłość" mam bardzo mieszane uczucia :) To prawdziwa epopeja, obejmująca dłuższy okres czasu. I tak, jak polubiłam główną bohaterkę, z przyjemnością obserwowałam, jak z naiwnej panienki przekształca się w świadomą siebie kobietę, tak Clayton - och, on przede wszystkim mnie denerwował. Nawet na sam koniec nie potrafiłam poczuć do niego sympatii. Hmm... Ale jeśli bohaterowie wzbudzają emocje, to chyba należy uznać to za plus?

1. Mary Balogh

Na czołowe miejsce w rankingu Mary Balogh zasłużyła sobie tym, że chyba żadna z jej książek mnie nie zawiodła, a przeczytałam ich sporo :) Lekkie pióro, ciekawe charaktery, starannie zbudowana fabuła i powiązania, które pozwalają poznać bliżej kolejne postaci.

Nawet nie wiem, którą z książek wymienić jako pierwszą... Może "Pieśń bez słów"? Mnie ta historia po prostu urzekła :) Zauroczyli mnie bohaterowie cyklu "Bedwynowie", wyjątkowo barwna rodzina (i nie tylko rodzina), więc z przyjemnością śledziłam ich losy.

Parę jeszcze powieści tej autorki zostało mi do przeczytania, tak na czarną godzinę :)


Suzanne Enoch - "Niesforne serce"

Podobała mi się cała seria o rodzinie Griffinów, lecz pierwsza część była zdecydowanie najlepsza :) Autorka stworzyła zachwycającą parę - Eleanor oraz Valentine bawią, wzruszają, a do tego - na szczęście! - raz po raz pojawiają się w kolejnych tomach. Warto przeczytać chociażby dla samych zabawnych utarczek między rodzeństwem oraz ciętych komentarzy markiza :)

Julia Quinn - cykl Rodzina Bridgerton

To kolejna autorka potrafiąca kreować barwne postaci i lekko, ze swadą opisywać perypetie sympatycznej rodziny.
Johanna Lindsey - "Kocha się tylko raz"

... ale polecić mogę cały cykl o rodzinie Malory'ch i drugi, o rodzinie Reid :)
Liz Carlyle

Wszystkie spośród kilkunastu książek tej autorki są jakoś ze sobą powiązane. Imiona mogą się mylić, losy bohaterów przeplatać, ale... Miło jest raz po raz do niej wracać.

Kolejne pozycje to te, które na tyle zapadły mi w pamięć, bym potrafiła na szybko wyłowić je z długiej listy przeczytanych powieści :) Szczegóły się już rozmywają, nie pamiętam, o czym dokładnie były - pozostały ogólne wrażenia, krótkie "mentalne notki" przy nazwiskach autorek, czy warto sięgać po kolejne pozycje.

Loretta Chase - Tha Mad Earl's Bride
Shirlee Busbee - Uległa i posuszna
Patricia Cabot - Markiz
Mortimer Carole - Książę i Jane
Nicole Cornick - Podwójne życie Lady Merryn
Anna Ashley - Zbuntowana markiza


Kiedy tak patrzę na wymienione wyżej tytuły i przypominam sobie bohaterów, mam ogromną skasować tą listę. Bo książki mi się podobały, choć - kiedy się nad tym zastanawiam - nie powinny. I nie mam tu na myśli, że stanowią literaturę nienajwyższych może lotów... ale o sposób, w jaki przedstawiono w nich relacje między kobietami a mężczyznami.

O tym jednak innym razem :/




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...