Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obrazek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obrazek. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 5 września 2019
wtorek, 27 listopada 2018
poniedziałek, 19 czerwca 2017
poniedziałek, 29 maja 2017
Minnie i szarlotka z trawy
Sobotnie, majowe popołudnie. Ciepłe i leniwe. Jest pusto, najwyraźniej zabawa na świeżym powietrzu znów przegrywa z nowymi technologiami. Krążę z Młodą po placyku zabaw, ćwiczymy stawianie tych pierwszych, koślawych kroczków. Wkrótce dołącza do nas dziewczynka, 5-latka zgodnie z jej własnym oświadczeniem. Uroczy kucyk, bluzeczka w kratkę i szorty. Od słowa do słowa dowiaduję się, jak ma na imię, do którego przedszkola chodzi, że bardzo lubi bawić się z małymi dziećmi, a na placyku pilnuje jej siostra, 9-latka w różowej spódniczce. Wskazana palcem siostra podchodzi do nas.
sobota, 10 września 2016
środa, 15 czerwca 2016
Z życia wzięte
Siedzę na placu zabaw, na huśtawce opodal bawią się dwie małe dziewczynki. Koniec przedszkola, nie więcej jak zerówka, obie drobniutkie i długowłose. Nagle jedna z nich zsiada i biegnie na drabinki, a druga wybucha głośnym płaczem. Szloch szybko przybiera na sile, płyną łzy, co jednak w żaden sposób nie przeszkadza w dalszym huśtaniu. Dzieci często są wszechstronnie uzdolnione. Wreszcie przybiegają siostra i mama płaczącej, ocierają mokre policzki, wydmuchują nosek i usiłują dowiedzieć się, co się stało.
sobota, 18 października 2014
Kolejka
Sobotnie przedpołudnie, po supermarkecie kręci się tłum ludzi. Ktoś ma w ręku tylko butelkę mleka i paczkę ciastek, ktoś inny pełen kosz. Kobiety z wózkami próbują manewrować w wąskich alejkach, dookoła atmosfera pośpiechu.
Czynne są dwie kasy, przy każdej - kolejka, długa na może sześć, siedem osób.
- Skandal, żeby przy tylu klientach nie otworzyli więcej kas! - mamrocze pani stojąca przede mną i rozgląda się niespokojnie dookoła.
- Na zapleczu siedzą, nie chce im się ruszyć - komentuje ktoś w drugiej kolejce.
- Niechże pani zadzwoni po kogoś! Ile można czekać.
- Ciężki dzień? - pytam cicho, kiedy przychodzi moja kolej przy kasie.
Głupie pytanie. Pani posyła mi zmęczony, nieco formalny uśmiech. Ledwo zauważalnie wzrusza ramionami. Nie ma czasu na nic więcej.
sobota, 30 listopada 2013
Barwy miasta, II
Wracałam z pracy w pośpiechu, zawinięta szalem po czubek nosa, walcząc z lodowatym listopadowym wiatrem. I nagle, na boku ruchliwego traktu przez wystawiony na niepogodę most, dostrzegłam polowy stolik i rozstawione dookoła niego krzesełka, grupę radosnych ludzi. Studenci, chyba. Cel tego zgromadzenia wyjaśniał tekturowy szyld:
"KAWIARNIA CO ŁASKA"
Mignęły porcelanowe filiżanki (każda inna) oraz staromodny imbryczek, jakiś termos, kartonik na monety. Aromatu kawy nie poczułam, choć to pewnie przez katar. Szkoda, że nie miałam ze sobą aparatu.
poniedziałek, 9 września 2013
czwartek, 1 listopada 2012
Skrzypek na stacji metra.
Dostałam to mailem, wklejam w całości. Warto przeczytać do końca.
***
W
waszyngtońskim metrze usiadł pewien człowiek i zaczął grać na
skrzypcach. Był mroźny styczniowy poranek. W ciągu około 45 minut zagrał 6
utworów Bacha. Szacuje się, że w tym czasie, 1.100 ludzi przeszło przez
stację metra udając się do pracy. Po
upływie trzech minut pewien pan w średnim wieku zauważył, że gra jakiś
muzyk. Zwolnił kroku i zatrzymał się na parę sekund, po czym pośpiesznie
ruszył dalej, aby nie zakłócić swego harmonogramu dnia.
Minutę później skrzypek otrzymał pierwszego dolara: jakaś kobieta rzuciła mu go do futerału i poszła sobie dalej, nie zatrzymując się. Kilka minut później jakiś człowiek oparł się o ścianę, aby posłuchać gry, ale zaraz potem spojrzał na zegarek i odszedł. Najwyraźniej był już spóźniony do pracy.
Osobą, która poświęciła skrzypkowi najwięcej uwagi, był 3-letni chłopczyk. Jego matka kazała mu się pośpieszyć, ale chłopczyk zatrzymał się, aby jeszcze spojrzeć na skrzypka. W końcu popchnęła go mocno; chłopiec ruszył z miejsca, ale cały czas odwracał głowę. Takie samo zachowanie powtarzało się u kilkunastu innych dzieci. Wszyscy rodzice, bez wyjątku, kazały im iść dalej.
Podczas 45 minut gry, tylko 6 osób zatrzymało się na chwilę. Około 20 dało mu pieniądze, potem jednak odeszło, nie zwalniając kroku. Zebrał 32 dolary. Kiedy przestał grać i zapadła cisza, nikt tego nie zauważył. Nie było oklasków, ani żadnych słów uznania.
Nikt nie wiedział, że owym skrzypkiem był Joshua Bell, jeden z najbardziej utalentowanych muzyków świata. Zagrał właśnie kilka najtrudniejszych utworów, jakie kiedykolwiek zostały skomponowane, na skrzypcach wartych 3,5 milionów dolarów. Dwa dni wcześniej, wszystkie bilety na koncert Joshuy Bell'a w Bostonie zostały wyprzedane. Średnia cena biletu wynosiła 100 dolarów.
To jest prawdziwa historia. Joshua Bell, grający incognito na stacji metra, brał udział w eksperymencie społecznym zorganizowanym przez Washington Post. Eksperyment dotyczył percepcji, gustu i ludzkich priorytetów. Zagadnienia brzmiały: Czy w pospolitym otoczeniu i o niesprzyjającej godzinie potrafimy ujrzeć piękno? A może przestajemy je doceniać? Czy potrafimy dostrzec talent w nieoczekiwanym miejscu?
Jeden z możliwych wniosków płynących z tego eksperymentu może brzmieć:
Minutę później skrzypek otrzymał pierwszego dolara: jakaś kobieta rzuciła mu go do futerału i poszła sobie dalej, nie zatrzymując się. Kilka minut później jakiś człowiek oparł się o ścianę, aby posłuchać gry, ale zaraz potem spojrzał na zegarek i odszedł. Najwyraźniej był już spóźniony do pracy.
Osobą, która poświęciła skrzypkowi najwięcej uwagi, był 3-letni chłopczyk. Jego matka kazała mu się pośpieszyć, ale chłopczyk zatrzymał się, aby jeszcze spojrzeć na skrzypka. W końcu popchnęła go mocno; chłopiec ruszył z miejsca, ale cały czas odwracał głowę. Takie samo zachowanie powtarzało się u kilkunastu innych dzieci. Wszyscy rodzice, bez wyjątku, kazały im iść dalej.
Podczas 45 minut gry, tylko 6 osób zatrzymało się na chwilę. Około 20 dało mu pieniądze, potem jednak odeszło, nie zwalniając kroku. Zebrał 32 dolary. Kiedy przestał grać i zapadła cisza, nikt tego nie zauważył. Nie było oklasków, ani żadnych słów uznania.
Nikt nie wiedział, że owym skrzypkiem był Joshua Bell, jeden z najbardziej utalentowanych muzyków świata. Zagrał właśnie kilka najtrudniejszych utworów, jakie kiedykolwiek zostały skomponowane, na skrzypcach wartych 3,5 milionów dolarów. Dwa dni wcześniej, wszystkie bilety na koncert Joshuy Bell'a w Bostonie zostały wyprzedane. Średnia cena biletu wynosiła 100 dolarów.
To jest prawdziwa historia. Joshua Bell, grający incognito na stacji metra, brał udział w eksperymencie społecznym zorganizowanym przez Washington Post. Eksperyment dotyczył percepcji, gustu i ludzkich priorytetów. Zagadnienia brzmiały: Czy w pospolitym otoczeniu i o niesprzyjającej godzinie potrafimy ujrzeć piękno? A może przestajemy je doceniać? Czy potrafimy dostrzec talent w nieoczekiwanym miejscu?
Jeden z możliwych wniosków płynących z tego eksperymentu może brzmieć:
JEŚLI NIE MAMY CZASU, ABY ZATRZYMAĆ SIĘ I POSŁUCHAĆ JEDNEGO Z NAJLEPSZYCH MUZYKÓW ŚWIATA, GRAJĄCEGO NAJLEPSZĄ MUZYKĘ, JAKĄ KIEDYKOLWIEK SKOMPONOWANO, TO ILE INNYCH RZECZY NAM UMYKA?
piątek, 2 marca 2012
(Nie)romantycznie
Uwielbiam wsłuchiwać się w słowa piosenek, o ile tylko mają tekst, który da się zrozumieć. Z tego też względu bliższa jest mi poezja śpiewana niż utwory z nurtu popularnego. Ostatnio jednak brat zaraził mnie muzyką Nightwish. Rzadko to się zdarza, bardzo rzadko, żeby podobało mi się coś, czego on słucha. Jeszcze rzadziej - mam ochotę do tego wracać.
Szczególnie w ucho wpadł mi kawałek - "Over The Hills And Far Away". Oryginalnie wykonywał go Gary Moore, jednak doskonały cover należy właśnie do Nightwish. Polubiłam tą melodię zanim jeszcze skupiłam się na słowach, za to po dokładnym odsłuchaniu... Tak, jak w pierwszej chwili opowiedziana tam historia wzruszyła mnie, tak teraz - wyjątkowo mnie złości.
Mężczyzna został niesłusznie oskarżony i skazany na 10 lat więzienia, lecz nie mógł skorzystać ze swojego alibi, gdyż wolał chronić kobietę, z którą spędził tamtą noc - żonę przyjaciela.
He knew that it would cost him dear,
but yet he dare not say.
Just where he'd been that fateful night,
a secret it must stay.
He had to fight back tears of rage.
His heart beat like a drum.
For with the wife of his best friend,
he spent his final night of freedom.
Najwyraźniej zagubiłam gdzieś swoje romantyczne podejście, gdyż ta historia wydaje mi się kompletnie bez sensu. Cóż to za przyjaźń, kiedy sypia się z żoną druha? Cóż to za miłość, kiedy ona pozwala mu gnić przez 10 lat w więzieniu, czekając i wysyłając listy, a nie potrafi zdobyć się na odwagę, by go ochronić? Nie pomyślał o tym, że zostawił ją na łasce męża - który być może dowiedział się o zdradzie i sam go wrobił?
Bez sensu :/
To tylko piosenka, ale chwilowo trudno mi jej słuchać bez emocji :)
Ta, żeby tylko takie problemy, z piosenkami, mieć w życiu :/
Mała wprawka z matematyki.
Pomierzyłam spódnice, które mają dość kloszowy krój i pasowałaby pod nie halka, ustalając, że ich długość oscyluje w granicach 70-75 cm. Tej mniej więcej długości chciałabym przygotować halkę - typu petticoat.
I teraz pora na wyliczenia.
Postanowiłam uszyć halkę z czterech pasów o szerokości 15 cm, naszyję je na podszewkę trochę poniżej pasa tak, by spódnica unosiła się dopiero w okolicy bioder. Pierwszy pas miałby długość 110 cm, drugi - 220 cm, trzeci - 440 cm, czwarty - 880 cm. Prawie 9 metrów tiulu do przymarszczenia! Każdy z tych pasów musi być bowiem przymarszczony tak, by pasował długością do tego nad nim... A jeszcze ten najniższy dobrze byłoby obszyć lamówką...
Razem to... 1650 cm pasów o szerokości 15 cm, czyli... powinny wystarczyć (z zapasem) 2 mb materiału o szerokości 150 cm?
Hmmm... O ile się nie pomyliłam :)
A na podszewkę - jeśli uszyć ją z półkola to wystarczyłby 1mb, nie musi być tak długa. Chyba, że tiul będzie drapał, haczył o rajstopy... To się będę martwić...
Wstępnie rozrysowałam sobie też długą wersję halki, pod spódnicę do ziemi - pięć pasów o szerokości 20 cm (powinno wyglądać ok.). Ten najniższy będzie miał... 1760 cm. Ponad 17 metrów do marszczenia! Super. Chyba obszywanie lamówką w takiej sytuacji już sobie daruję... Jeśli się nie pomyliłam, wychodzi niecałe 4 mb materiału.
Ciekawe, czy wystarczy mi zapału. Przychodzi pora by kupić tiul czy szyfon (nie mogę się zdecydować) i łapać za nożyczki.
Z jednej strony... Staram się wmieszać w tłum, spędzać normalnie czas z ludźmi. Potrzebuję tego, nie chcę, aby godziny uciekały mi między palcami tylko dlatego, że czuję na duszy ciężar. Życie toczy się dalej, a dni, które się zmarnowało, nie można później przywrócić. Z drugiej jednak strony - mam ogromną ochotę schować się, zerwać wszystko i zamknąć w szczelnej skorupie, gdzie nie będą docierały ani obrazy ani dźwięki.
poniedziałek, 14 listopada 2011
Mgliste obrazki
Trafiłam wczoraj na widok, o jakim marzy chyba każdy użytkownik aparatu.
Opromieniona złotawym światłem gasnącego dnia łąka, otulona białą, rwącą się powłoczką delikatnych mgieł. Pośrodku malownicze zakola rzeki, leniwie odbijającej kolory nieba, na dalszym planie ciemne kontury miasta, strome dachy kamienic i majestatyczna, neogotycka wieża kościelna, odcinająca się dumnie na tle zalewającego horyzont różu i pomarańczu.
Ech, to było tak piękne, że aż kiczowate.
Nawet gdybym miała ze sobą statyw, żeby należycie przymierzyć się do tego obrazka, to nowoczesna i dość zatłoczona obwodnica nie przewidywała najmniejszego zjazdu, zatoczki, z której mogłabym skorzystać. Szkoda.
Dziś od rana pogoda przypomniała za to, że zima już tuż tuż... Brudnoszare tym razem mgły otumaniały, budząc zwątpienie, czy to już jawa czy wciąż jeszcze jakiś nieprzyjemny sen. Mróz, który ściął zalegające przy krawężnikach kałuże, zeszklił też ostatnie kwiaty i spóźnialskie liście, wciąż jeszcze gdzieniegdzie zdobiące gałązki. Teraz, przyozdobione białym ząbkowanym konturem, przypominają kandyzowane owoce. Za parę dni i one opadną, zgniją, by powrócić za parę miesięcy w innym już kształcie.
Trzeba się jednak przeprosić z zimową kurtką i kozakami :/
Kawałek na dziś: Leonard Cohen - Take This Waltz.
sobota, 15 października 2011
Oryginalny widok
Niemal co dzień idąc do pracy spotykam po drodze mężczyznę, który swoim strojem przyciąga nie tylko moją uwagę. Bez wątpienia jest oryginalny - bo nie jest zbyt częstym widokiem na naszych ulicach męski strój, składający się z krwiście czerwonych spodni, granatowej marynarki i błękitnej koszuli. Do tego dodajmy fantazyjnie zwiniętą chusteczkę, wsuniętą w kieszeń marynarki, torbę, którą trudno byłoby nazwać aktówką czy luźno owinięty wokół szyi szal. Ktoś mógłby parsknąć śmiechem, rzucając obraźliwy komentarz, mi jednak ten widok się podoba, cenię sobie oryginalność. Dodatkowo charakterystyczne okulary w cienkich, złotych oprawkach podpowiadają mi, że to niekoniecznie nasz rodzimy styl. W Berlinie pan ten nie wzbudziłby sensacji i czasem sobie myślę, że naszym polskim mężczyznom brak fantazji i odwagi, by pokazać coś innego.
I znów sobota.
Dokąd ten czas tak goni??
wtorek, 2 sierpnia 2011
Słabostki
Lubię moje świecidełka.
Znaczną część korali czy kolczyków sama zrobiłam, bawiąc się w nawlekanie kamyków, muszli, kryształków, piórek czy perełek. Trochę cierpliwości, za to później tyle satysfakcji... Jak nie korale, to zawsze mogę wykorzystać te drobiazgi, aby uszyć karnawałową maskę, której nigdy nie założę (ale dobrze się bawię zdobiąc ją), naszyć na poszewkę czy ozdobny woreczek, w który zapakuję komuś prezent...
Lubię moje kwiatki na balkonie i w małym ogródku, ale tylko na etapie sadzenia. Później... jakoś zwykle o nich zapominam.
Lubię biegać (choć naprawdę rzadko mam na to czas), pokonywać własną słabość i przezwyciężając opór obolałych mięśni wspinać się na górskie przełęcze. Lubię ciszę, którą oferuje las.
Lubię kawę, tą, którą robi mi mąż. Dobrze dobiera proporcje.
Lubię... robić zdjęcia.
Jeszcze parę pewnie rzeczy też lubię...
I znów miesiąc minął.
Za szybko.
Zdecydowanie za szybko.
Przede mną te najtrudniejsze rozdziały "Bandyty". O dziwo jednak te właśnie najlepiej mi się pisze. Jestem co prawda zmęczona, huśtawka B. daje mi się we znaki, a i nastrój jest... przygnębiający. Nie potrafię pozostać obojętna wobec tych intensywnych emocji, nie byłoby to zresztą wskazane, jeśli tekst ma brzmieć wiarygodnie.
Skoro jednak tak sobie wymyśliłam, trzeba dawać radę, czyż nie?
Spoiler ;)
"(...) Palce mężczyzny zacisnęły się na jej ramieniu tak, że z oczu dziewczyny popłynęły kolejne łzy, tym razem z bólu. Miedzianowłosy zignorował jej jęk, a jego pierś zawibrowała w głuchym warknięciu. Coraz ciężej dysząc wpatrywał się w kochankę z palącą intensywnością, czekając, aż zaprzeczy, aż przyzna się, że to był głupi żart, zupełnie nie na miejscu. W miarę jak pojmował, o czym mówiła, jego ciemniejących oczach narastała furia, rozprzestrzeniająca się po całym ciele. (...)"
Jutro muszę przygotować mieszkanie do remontu. Brrrr.........
niedziela, 31 lipca 2011
O czym myślą koty.
Moja kotka jest niepoprawną optymistką. Ilekroć wchodzę do kuchni, jeszcze nie zdążę choćby pomyśleć o tym, by otworzyć lodówkę, a ona już ociera się o moje nogi. I nie, jej miseczka wcale nie jest pusta.
Inną rzeczą, która mnie w niej intryguje, to sposób, w jaki dobiera sobie miejsca do spania. Latem oczywiście najchętniej spędza czas na balkonie, a zimą na kaloryferze, tudzież - na moich kolanach (z pewnością byłaby szczęśliwsza, gdybym siedziała cierpliwie, nie wstając co chwila; kiedy wracam na swoje miejsce, ona już czeka obok krzesła/kanapy, wodząc za mną poirytowanym spojrzeniem pt. "Długo jeszcze? Siadaj w końcu."). O ile jednak żadna z powyższych opcji nie wchodzi w rachubę, kot nie usiądzie byle gdzie. Wypatrzy ułożoną na płasko poduszkę czy koc, miejsce pod przyjemnie grzejącą lampką czy choćby włączoną wieżę. Jeżeli zdarzy mi się zostawić na pralce jakieś ubrania, mogę być pewna, że sierściucha zwietrzy okazję i umości się tam przez noc.
Koty zazwyczaj są bardzo czujne. Śpiący kot (a może powinnam napisać - "mój śpiący kot"?) wykazuje zerową czujność (ku wielkiej uciesze mojego dziecka).
Spotkałam się kiedyś ze stwierdzeniem, że koty mają raczej kobiecą naturę, psy - raczej męską. Wolałabym nie wchodzić w szczegóły tej teorii, żeby się nikomu nie narazić... Coś w tym jednak jest, czasem kłócę się z moją kotką jak z babą. A ona mi odpyskowuje, po swojemu.
W każdym razie zawsze lepiej dogadywałam się z psami.
Koty zazwyczaj są bardzo czujne. Śpiący kot (a może powinnam napisać - "mój śpiący kot"?) wykazuje zerową czujność (ku wielkiej uciesze mojego dziecka).
Spotkałam się kiedyś ze stwierdzeniem, że koty mają raczej kobiecą naturę, psy - raczej męską. Wolałabym nie wchodzić w szczegóły tej teorii, żeby się nikomu nie narazić... Coś w tym jednak jest, czasem kłócę się z moją kotką jak z babą. A ona mi odpyskowuje, po swojemu.
W każdym razie zawsze lepiej dogadywałam się z psami.
Ostatnio pojeździłam trochę palcem po mapie, poszukałam zdjęć i zdecydowałam się, że z następnym ff wybieram się do Wyoming, a dokładniej - do Alpine. Góry, malownicze widoki, lasy - wszystko, czego mi potrzeba. Powoli układam sobie zarys fabuły, tworzę charakterystykę postaci, mam już parę scen. Tym razem to Jasper będzie nosił czarną skórzaną kurtkę ;) Będzie trochę smutno, niepokojąco, może i trochę strasznie? Mam nadzieję, że uda mi się zaskoczyć i zdezorientować.
Zobaczymy, jak to wyjdzie.
wtorek, 19 lipca 2011
Lipcowy dzień..
Lipiec powoli mija... To rozpalony do czerwoności słońcem, to znów schłodzony przez rzęsistą ulewę. Stragany aż uginają się od sezonowych pyszności, bogactwo barw i kształtów oszałamia. W ogródkach roztańczyły się kwiaty, objawiając pełnię swojej krasy.
Nasze polskie lato...
Dla mnie... lato pachnie skoszoną trawą. Często, gdy zamykam oczy, przypomina mi się prowadząca wzdłuż rzeki ścieżka. Lubiłam gnać po niej na rowerze, mrużąc oczy przed słońcem i pozwalając, by wiatr pieścił moją skórę. Rozgrzana ziemia, idealny błękit nieba.
Jako dziecko lipiec spędzałam najczęściej z kuzynami, bawiąc się całymi dniami w wielkim sadzie prababci. Nie brakowało pomysłów, śmiechu ani przeżyć. I owoców prosto z drzewa czy krzaka, tuż na wyciągnięcie ręki. Wieczorami za to siedzieliśmy w małym pokoju na strychu, grając w karty czy słuchając starych opowieści babci...
Lipiec był też nieraz pod namiotem. W maleńkiej osadzie w samym sercu lasu, dziko i odludnie. Dociągałam suwak śpiwora pod samą brodę, żałując, że nie mogę się głębiej schować, kiedy tuż obok mojego ucha coś chrzęściło i chrobotało... Rano czasem budziło nas bębnienie deszczu o dach namiotu, idealnie miarowe, wspaniała muzyka poranka... Nie spiesząc się z rozpoczęciem dnia leżałam, snując marzenia. Potem sięgałam po kalosze i kurtkę, by pobiec do lasu szukać młodych grzybków, okrągłych, lśniących łebków wychylających się z pachnącej żywicą ściółki. W słoneczne dni snuliśmy się bez końca piaszczystymi dróżkami, w milczeniu chłonąc melodię szeptaną przez wiatr w koronach drzew. Las zawsze działał na mnie kojąco. A te nocne spacery, w całkowitej ciemności...
Bywały też lipcowe dni na wsi. Wśród gdakania kur czy przy kępie jeżyn... Biegi po miedzy i płukanie młodych marchewek w ciepłej, gliniastej kałuży. Żniwa, ociekające potem i gryzące igiełkami żyta, czy stodoła pełna aromatycznego siana. Wuj, kierując konia tak, by przeciągnął wozem pod drzewem, krzyczał, żebyśmy wyciągali szybko ręce, a obserwujący to sąsiad, którego jabłoń ograbiliśmy z kilku papierówek, śmiał się głośno, potrząsając dla żartu widłami.
Pamiętam też, że jeśli zdarzyło się nam latem siedzieć dzień czy dwa w mieście, biegaliśmy z całą bandą z naszego bloku po wertepach, budując ziemianki i szałasy, prowadząc dziwne wojny, podchody...
Świat był pełen niespodzianek, kolory były tak żywe.
Tak, mam co wspominać. Chciałabym, żeby moje dziecko zaznało chociaż namiastki z tego, co ja miałam okazję.
Lipiec... Zawsze marzyłam, żeby w lipcu...
Subskrybuj:
Posty
(
Atom
)


















































