Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 maja 2015

A w lesie głębokim... czyli o "Into the Woods".


Nie przepadam za filmami, wolę w tym czasie poczytać książkę. Te tzw. "ambitne" filmy zwykle mnie nudzą, a te "nie-ambitne", czysto rozrywkowe, po prostu męczą. Tyle ciekawych rzeczy można zrobić zamiast siedzieć i gapić się w ekran! Kiedy już zdarzy mi się coś oglądać, może kilka razy do roku, to najprawdopodobniej będzie to coś... dziwnego.

Tym razem upatrzyłam sobie musical, "Into the Woods" (polski tytuł "Tajemnice lasu").

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Pan Samochodzik - coś się zmieniło?


Skrzat został fanem pana Samochodzika. Oczywiście, bohater książek Nienackiego dołączył do szerokiego panteonu postaci, którymi Skrzat się fascynuje i których większość stanowią (niestety!!!) przeładowane testosteronem produkty amerykańskiej popkultury. Tym bardziej cieszy mnie, że do czytania wybrał sobie kolejny już tom pana Samochodzika.

Obejrzeliśmy też ekranizacje (pierwsze dwie były świetne, ale od kolejnych - utrzymanych w specyficznej stylistyce lat osiemdziesiątych, pełnych kiczowatych efektów specjalnych - aż bolały zęby), a moją uwagę przyciągnęło to, w jaki sposób pan Tomasz przedstawiany jest z dziećmi.

czwartek, 5 czerwca 2014

"Medicus" - recenzja filmu


Rzadko zdarza mi się oglądać filmy, dawno nie trafiłam na żaden, który przyciągnąłby moją uwagę. Jakoś tak wyszło, że w wolnym czasie wolę poczytać książkę albo... W inny sposób wykorzystać towarzystwo męża. "Medicusa" jednak chciałam zobaczyć. Książkę Noah Gordona czytałam wiele lat temu, nie pamiętałam szczegółów, a jedynie to, iż cała seria o rodzinie lekarzy bardzo mi się podobała.

niedziela, 30 grudnia 2012

"Dwoje do poprawki"


Nie lubię filmów klasyfikowanych jako obyczajowy, dramat, zasadniczo nie przepadam nawet za komediami. Kiedy już decyduję się spędzić wolny czas przed ekranem, dużym czy małym, wolę coś, co pozwoli mi się oderwać od rzeczywistości, choć na chwilę przeniesie do krainy fantazji. "Dwoje do poprawki" mieści się w kategoriach, o których wspomniałam na samym początku, a mimo to żałuję ani minuty :) 

Obraz przedstawia parę o 30-letnim stażu małżeńskim, oboje są "zwyczajni" aż do bólu. Przeciętny domek na amerykańskich przedmieściach, śniadanie z jajkiem na bekonie i rutyna codziennych rozmów. Co nie jest zwyczajne - to doskonała gra aktorska. Maryl Streep i Tommy Lee Jones pokazali klasę, należą się im za to brawa. 

Nie można powiedzieć, aby ta historia kryła w sobie jakieś ważne prawdy czy też przekazywała uniwersalną receptę na życie, wskazówki, jak sobie radzić z kryzysem. Jest natomiast w tym coś optymistycznego, gdyż pomimo pozornie patowej sytuacji na początku, tak realistycznej, niemalże znajomej, okazuje się, że można sobie ze wszystkim poradzić. Pomaga determinacja, szczera chęć wysłuchania drugiej osoby, ale i uświadomienie sobie czegoś, o czym niby każdy z nas wie - różnic między kobietami a mężczyznami. Teoria teorią, w praktyce natomiast... Film oglądałam w towarzystwie męża i mamy. Obie rozumiałyśmy reakcje bohaterki, jej rozterki, emocje, nie potrafiłyśmy natomiast rozgryźć wielu reakcji jej partnera. Mój mąż, zapytany o opinię, wymruczał tylko pod nosem coś, co brzmiało jak "czego tu się czepiać" oraz "to nie ten gość robił problemy". 


PS. Polskie wersje tytułów rzadko są moim zdaniem trafione, tym razem jednak "Dwoje do poprawki" lepiej oddaje klimat niż oryginalne "Hope Springs".


środa, 12 grudnia 2012

"Anna Karenina"


Korzystając z okazji, by wymknąć się z mężem do kina, obejrzeliśmy "Annę Kareninę" - film, który obiecywałam sobie, od kiedy usłyszałam o tej ekranizacji.

Samą książkę pokochałam, już kiedy czytałam ją po raz pierwszy wiele, wiele lat temu. W ogóle mam sentyment do XIXwiecznych pisarzy rosyjskich. Przyznaję, że przez pierwsze minuty filmu nie potrafiłam pogodzić się z umieszczeniem akcji w teatrze oraz chwilami wręcz groteskowymi scenami. Potem jednak... doszłam do wniosku, że dzięki temu reżyserowi udało się przedstawić więcej niż mógłby w "normalnej" scenografii. Te wszystkie przerysowane obrazy, teatralne gesty podkreślają to, czego aktorzy nie mogliby wypowiedzieć. Bogactwo, jakiego nierzadko brakuje w ekranizacjach.

Tołstoj zachwycił mnie bogactwem treści przy stosunkowo niewielkiej ilości słów wypowiadanych przez bohaterów. W tym filmie dało się to odczuć. Perfekcyjna pod tym względem była chociażby ta milcząca rozmowa między Lewinem a Kitty. Gra świateł, piękne, niezwykle malownicze zdjęcia, wyrazista symbolika, różnorodność form przekazu czy gestów - to wszystko robiło wrażenie.

Co mi się zdecydowanie nie podobało, to sprowadzenie całości do romansu, dramatu. Nie przypominam sobie, by Karenin aż tak przeżywał zdradę żony, by Wroński był aż tak oddany, a Anna - tak płocha. Być może dzięki takiej interpretacji reżysera, uproszczeniom oraz znacznemu wyolbrzymieniu emocji, przekaz stał się bardziej czytelny dla współczesnego widza, ale też - moim zdaniem - wiele stracił z bogactwa i głębi oryginału. Pod tym względem niewiele pozostało z niezwykłej analizy ludzkiej duszy, jaką snuł Tołstoj. Wątek Lewina i jego przemyślenia przy sianokosach był niedopracowany, niezrozumiały dla kogoś, kto nie czytał książki, Kitty w stosunku do pierwowzoru wydała mi się zbyt zmienna w swoich uczuciach, zabrakło wzmianki o drodze, jaką przeszła. Trochę szkoda...

Zaimponowała mi gra, jaką zaprezentował Jude Law - trudna rola, a chociaż znacznie odbiegała od mojej wizji tej postaci, zasługuje na uznanie. Keira Knightley z kolei jest moim zdaniem piękną kobietą, wygląda perfekcyjnie nawet bez makijażu i dawała z siebie wszystko, by pokazać dramat Anny. Mimo to... Zupełnie mi tutaj nie pasowała :) Annę Kareninę wyobrażałam sobie zawsze jako bardziej dojrzałą kobietę, kogoś w typie urody Anny Dymnej. Dobre wrażenie robiły role Stiwy i Dolly, czy też hrabiny Wrońskiej.

Abstrahując od moich zastrzeżeń - zdecydowanie polecam ten film, sama z przyjemnością obejrzę go jeszcze nie raz. Chociażby dla samej przyjemności podziwiania pięknych obrazów czy ślicznej Keiry :) Byłam zaskoczona, że mojemu mężowi ekranizacja również bardzo się spodobała - to chyba najlepsze podsumowanie :)







Tak zupełnie na marginesie - podoba mi się dzisiejsza data.

12.12.12.




niedziela, 22 stycznia 2012

Millenium

 
Korzystając z obecności rodziców/dziadków wypuściliśmy się z mężem do kina. Wybór padł na "Dziewczynę z tatuażem" i... ku naszemu zaskoczeniu niewiele brakowało, a nie dostalibyśmy biletów, pomimo iż byliśmy sporo przed początkiem seansu (byliśmy przygotowani na szybki kurs do innego kina tego samego wieczoru).

Rzadko mi się to zdarza napisać (wolę czytać niż oglądać, filmów oglądam raczej mało) - ale obraz ten zrobił na mnie wrażenie, co mnie samą zdumiało, gdyż z założenia nie lubię filmów sensacyjnych, kryminalnych, akcji czy jak to tam nazwać.

Książek Larssona nie czytałam. Wszystkie trzy tomy stoją już od przeszło roku na biblioteczce mojego brata, jak dotąd jednak nie miałam okazji się za nie zabrać. Teraz pewno już się skuszę... Tak na marginesie - zazwyczaj najpierw czytam książkę, dopiero później mam okazję poznać film. Tym razem było odwrotnie, ciekawe, jakie będą wrażenia po lekturze...

Spodziewałam się raczej czegoś w stylu "Ghostwriter" (który zresztą bardzo mnie rozczarował), ta historia jednak była wciągająca, trzymała w napięciu. Nie pogubiłam się, dało się nadążyć za fabułą, jedynie odpuściłam sobie próby ogarnięcia drzewa genealogicznego Vangerów.

I chociaż zakończenie (przynajmniej głównego wątku - śledztwa) jest klasycznie optymistyczne, to jednak całość nie robi takiego wrażenia - ani obrazy, ani bohaterowie nie są ugłaskani, wręcz przeciwnie... Trudno, aby przedstawione tam zdarzenia nie poruszały. Nie przeżyłam katharsis, nie obudziły się we mnie żadne refleksje, jednak film był moim zdaniem życiowo niezwykle brutalny, a dwójka głównych bohaterów - frapująco skomplikowana, no dobra, ona była skomplikowana, a on... Craig może i jest sztywny, lecz jego widok w kilkudniowym zaroście i zgrabnie skrojonym płaszczu wiele wynagradza. A sama czołówka, obrazy i muzyka, to moim zdaniem małe dzieło sztuki.

***

Nie mogłam się oprzeć, by nie wrzucić tu wiersza, o którym ostatnio przypomniała mi W. Stary, ale zawsze aktualny. Dobrze jest mieć to na uwadze.

Biernacki-Rodoć Mikołaj
Idylla maleńka taka

Idylla maleńka taka:
Wróbel połyka robaka,
Wróbla kot dusi niecnota,
Pies chętnie rozdziera kota,
Psa wilk z lubością pożera,
Wilka zadławia pantera.
Panterę lew rwie na ćwierci,
Lwa - człowiek; a sam, po śmierci
Staje się łupem robaka.
Idylla maleńka taka.





sobota, 17 grudnia 2011

Sala samobójców


Obejrzeliśmy wczoraj "Salę samobójców". Nie byłam przekonana do tego filmu (rzadko zresztą mam naprawdę ochotę na jakikolwiek obraz), ale znajomy bardzo polecał, sam podsunął płytę, a ponieważ i tak na wieczór miałam w planach męża i łóżko, nastawiłam się, że najwyżej zasnę po kwadransie.

Dotrwaliśmy jednak do końca i to bez wielkiego poświęcenia. Proszę, jednak zdarzają się dobre polskie filmy.

Gdyby ktoś chciał napisać porządną recenzję tego filmu, z pewnością mógłby poruszyć wiele aspektów: problem zabieganych, zajętych karierą rodziców, którym się wydaje, że zapewniając dziecku dobra doczesne wywiązują się z wszystkich swoich obowiązków, rozpad więzi rodzinnych, pustka stojąca za fasadą eleganckiej, dobrze sytuowanej rodziny, okrucieństwo grupy w stosunku do osób odstających od akceptowalnej "normy", ostracyzm, tak skuteczny w erze portali społecznościowych i nowoczesnych środków komunikacji, pokusa zatopienia się w anonimowości sieci i ułuda związana z życiem wirtualnym, gdzie nigdy tak naprawdę nie wiadomo, kto jest po drugiej stronie, samotność między ludźmi, etc.etc.etc. Znalazło się miejsce nawet dla łasej na kasę, niedouczonej lekarki i żony polityka rodem z PRL-u. Wiele zaangażowanych postaci, a o każdej z nich można byłoby opowiedzieć odrębną, zagmatwaną historię.

Może było to nieco przeładowane, może przejaskrawione... nie przeszkadzało mi to jednak. Szybko też można się było domyślić, jak zakończy się ta historia. I to chyba właśnie było tak przerażające - pomimo nagromadzenia tylu banalnych elementów obraz był wyjątkowo realistyczny. Coś, co się może wydarzyć tuż obok, po sąsiedzku.

Dramat, na oczach wielu świadków przeradzający się w tragedię.

 
Pierwszą refleksją było pytanie, czy będziemy potrafili być wystarczająco uważnymi rodzicami, by mieć pewność, że w naszej rodzinie nikt nigdy nie poczuje się pozostawiony sam sobie z problemami... Czy uda nam się uzbroić dziecko w bezpieczny pancerz poczucia własnej wartości, tak, żeby oparł się presji rówieśników? Cokolwiek by się nie działo...




Tak na marginesie... Dlaczego dwie całujące się kobiety wywołują podekscytowanie (i to nierzadko u przedstawicieli obydwu płci), podczas gdy dwóch mężczyzn w takiej sytuacji budzi zazwyczaj niesmak? Nawet najbardziej tolerancyjni jedynie wzruszą ramionami.



Zdjęcia tym razem są dość aktualne. Wypatrzyłam te chryzantemy przed jedną z kawiarni, na początku grudnia. Były lekko przymrożone, wciąż jednak cieszyły oczy...


wtorek, 29 listopada 2011

O filmach słów parę...


Statystyczny Polak spędza przed telewizorem cztery godziny dziennie.

U nas w domu odbiornik jest rzadko włączany; najwyraźniej odstajemy pod tym względem od średniej krajowej (nie, żeby mnie to martwiło). Po prostu - szkoda mi czasu, a jeśli coś ma już "buczeć" w tle, to wolę radio lub płytę; nie chcę też, żeby synek od małego psuł sobie oczka. Zresztą sam Skrzat ostatnio częściej prosi o muzykę ("Puść coś, to potańczymy") niż o bajki. Ma je puszczane tylko do kolacji i z rzadka, jak sobie wynegocjuje, od rana.

Zawsze mam w domu coś do zrobienia, a telewizja tylko mnie rozprasza, kradnie czas, nie oferując w zamian nic interesującego. Dużo uwagi poświęcam Skrzatowi, wycinamy, kleimy i rysujemy obrazki, makiety, autka czy wahadłowce ;) Czytamy bajki i inne książeczki oraz wygłupiamy się. W międzyczasie gotuję, szykuję oraz prasuję, a jak już mam dla siebie wolną chwilkę, wolę zająć się hobby, zrobić kolejną parę kolczyków czy jakieś ćwiczenie z fotografii, usiąść z notatnikiem, szkicując kolejny rozdział, albo opaść na kanapę z książką (co zwykle kończy się tym, że Skrzat ląduje na moim brzuchu energicznie domagając się np. crash testów). 

Nie, zdecydowanie szkoda mi czasu na telewizję... Doba jest na to za krótka.

Nawet wieczorem, kiedy mąż wraca z pracy, by zagrzebać się w kolejnych dokumentach, wolę zakopać się pod kocem, puścić muzykę i poczytać coś lub samej popisać (to ostatnie zresztą zabiera mi większość wolnego czasu)... Zdarza się, że małżonek w piątek wieczór zagląda do wypożyczalni i pyta, na co miałabym ochotę. Cóż, bynajmniej nie na filmy ;)

Nie lubię filmów obyczajowych czy dramatów społecznych, zbyt wiele zła i bólu jest na co dzień, by dręczyć się tym jeszcze w ramach tzw. relaksu. Komedie romantyczne mnie nie śmieszą, a filmy sensacyjne - zwykle nudzą. Marudzę, wiem. Już prędzej wybrałabym coś kostiumowego czy fantasy, coś, co pozwoli oderwać się od rzeczywistości. Że są często kiczowate - to już inna sprawa. 

Również tzw. kino ambitne mnie nie pociąga, czasem tylko - raczej przypadkiem - trafię na coś, co mnie poruszy... 

Naprawdę wolę książki.

***

Sikorki zwęszyły już kulki z ziarnami, które wystawiłam im parę dni temu. Czy to bardzo niemoralne, że nadal wypuszczam na balkon kota? Sierściucha musi się przecież trochę przewietrzyć, a naprawdę zdziwiłabym się, gdyby zdołała podejść do któregoś z tych ptaszków bliżej niż na dwa metry...

***

Słuchałam niedawno w tramwaju rozmowy grupy młodych ludzi, dyskutujących z zapałem o naszej kochanej służbie zdrowia.Byli dość zgodni co do tego, że gdyby lekarze dostawali "godziwe" pensje, to nie wyciągaliby rąk po łapówki, a mogliby ze spokojem zająć się ratowaniem życia. Mając pewne pojęcie o zarobkach lekarzy (i nie mam tu na myśli lekarzy-stażystów czy reszty personelu) zastanawiam się, jakiego rzędu musiałyby to być kwoty, żeby zaspokoiły apetyty. Obawiam się, że "godziwa" pensja w rozumieniu (większości) lekarzy oraz społeczeństwa to zupełnie różne sprawy. 

Czy uczelnie medyczne są tak oblegane dlatego, że aż tylu młodych ludzi poczuło powołanie do ciężkiego zakuwania i ratowania ludzkiego zdrowia/życia?

***

Parę dni temu widziałam na skwerze zmrożone kwiaty forsycji. Coś się w przyrodzie pomieszało...


niedziela, 27 listopada 2011

O co chodzi z tą sagą...


Trafiłam niedawno na ciekawą recenzję ekranizacji BD (tutaj - polecam!), mogę się tylko podpisać pod przedstawionymi tam opiniami. Owszem, czytałam sagę Stephanie Meyer i swego czasu byłam nią zauroczona, wracałam do niej kilka razy. Może było to związane z tamtym okresem, kiedy rozpaczliwie potrzebowałam tematu, który odwróciłby moją uwagę? Dziś jednak ta historia wydaje mi się strasznie naiwna, bohaterowie - bez wyrazu... I jak najbardziej zgadzam się, że Bella nie jest najlepszym wzorem dla młodych czytelniczek.

Rozumiem potrzebę snucia fantazji, marzeń o tym, że nawet najbardziej szara myszka może trafić na swojego księcia, który zakocha się w niej bez pamięci. Każda chyba kobieta to lubi i tego potrzebuje. Grunt, by odróżniać rzeczywistość od fikcji i nie pozwolić, by to fantazje kierowały prawdziwym życiem. W przeciwnym razie może kogoś spotkać bardzo gorzkie rozczarowanie... Inna sprawa to postawa życiowa głównej bohaterki.

Jakaś sympatia do tych bohaterów we mnie pozostała, wciąż lubię twilight fanfiction i nie chcę jeszcze uwolnić się od tych imion. Traktuję ich raczej jako symbole, a nie konkretne wzory. I teraz zdecydowanie bardziej wolę czytać fanfiction niż wracać do oryginału - moim zdaniem wiele autorek wykreowało ciekawsze charaktery oraz bardziej intrygujące, bogatsze historie niż Stephanie Meyer. 

Na film BD jeszcze nie udało mi się wyrwać, planuję (mąż również się zdeklarował), lecz nie nastawiam się na jakieś specjalne doznania. Ot, chcę obejrzeć serię do końca.


Trzymam się z daleka, bo tak jest mi łatwiej zachować równowagę.
Nie potrafię udawać.

Kawałek na dziś: Heart of Courage (ostatnio w ogóle dużo słucham Two Steps From Hell i mam wrażenie, że to się odbije na klimacie mojego nowego ff).
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...