piątek, 8 lutego 2013

O życzliwym uśmiechu


Jakiś czas temu trafiłam demot (zamieszczam poniżej), który najpierw serdecznie mnie rozbawił, szybko jednak przyszła smutna refleksja.


Bo to jest tak prawdziwe... 

Gdzie się podziała bezinteresowna, ludzka życzliwość? Tak rzadko zaglądamy drugiemu człowiekowi w oczy - nie ma na to czasu, nie interesuje nas to, nie chcemy się angażować w nic, co kosztowałoby nas czas czy wysiłek. 

Smutne. I wchodzi w nawyk :/

Jakiś czas temu zaczepił mnie na ulicy chłopak. Odruchowo się zjeżyłam, gdyż doświadczenie nauczyło mnie, że z takich rozmów mam same tylko kłopoty. Przywitał się grzecznie, po czym odezwał się:

"Chciałem tylko powiedzieć, że pięknie pani wygląda."

Zdążyłam ostrożnie podziękować, wciąż niepewna intencji nieznajomego, lecz on uśmiechnął się i poszedł w swoją stronę, nie szukając okazji do bliższego kontaktu, nie próbując mnie do niczego namówić. Tak po prostu. Prosty, miły komplement, a dostarczył mi tego dnia tyle energii, że mogłam góry przenosić.

Staram się o tym pamiętać i choć od czasu do czasu uśmiechać się do obcych. Wciąż ostrożnie, ale... może komuś odrobinę poprawi to nastrój?

Pamiętam, że kilka razy zimą zdarzyło mi się zauważyć (świadomie piszę "zauważyć", bo na pewno nie widzę wszystkiego) starszą panią, stojącą niepewnie na chodniku. Pamiętając, jakie kłopoty z chodzeniem ma babcia, oferuję pomoc. Coś, co dla nas wygląda jak parę metrów gładko ubitego śniegu, dla takiej osoby może być przeszkodą nie do pokonania - śnieg, lód, a upadek jest nie tyle bolesny, co bardzo groźny dla zdrowia. Kilkanaście sekund poświęconej obcej osobie uwagi i serdeczne podziękowania czy błogosławieństwo, które... pomaga wzmocnić coś w środku, w sercu.

Przykładów można szukać więcej - pomoc zaoferowana osobie niewidomej, która bezradnie rozgląda się na przystanku, przepuszczenie w kolejce kobiety w ciąży czy z małym, bardzo już rozdrażnionym dzieckiem. Drobiazgi, nie wymagają wielkich poświęceń ani zaangażowania, jedynie tego, by dostrzec drugiego człowieka.

Wierzę, że ta życzliwość kiedyś jakoś do nas wróci. A nawet jeśli nie - bezinteresowna pomoc... daje taką wewnętrzną radość. Wydaje mi się, że warto zacząć znów dostrzegać ludzi, szczególnie teraz, w tych naszych zwariowanych, trudnych czasach.


środa, 6 lutego 2013

To jeszcze nie wiosna...


Słoneczko kusiło trochę ostatnio, brakowało już jego ciepła i blasku. Po ciągnącej się od miesięcy szarej, zimnej porze wszyscy już wyczekują wiosny.

Ale jeszcze nie przyszła, jeszcze trochę. Powietrze jest zimne, zdradliwe.


Uciekając od bardziej zatłoczonych ścieżek przeszliśmy się po "chaszczach". Raz jeszcze zdjęcia pięknego i zdewastowanego mauzoleum. Zaprojektowane przez artystkę dla jej najbliższych teraz... stanowi smutny obrazek. Zawirowania historii najnowszej, niezbyt pomyślne dla tej rodziny. Dziś teren formalnie znów jest prywatny, lecz... Wygląda jak wygląda. Trudno tam znaleźć kawałek ziemi, na którym nie leżałoby potłuczone szkło, pety albo stosy śmieci :(






 Folwark, który pokazywałam niedawno ("Straszny dwór"), w słoneczny dzień wygląda mniej mrocznie, nadal jednak przygnębiająco.








- Zbudujemy zamek - postanowił podskakując energicznie. - Dziadek zostanie diabłem, a babcia będzie duchem i będzie straszyć na korytarzu.

- A ja kim będę? - spytałam ostrożnie.

- Ty mama będziesz czarownicą.

Stłumiłam parsknięcie.

- A tata?

- Tata? No jak to kim! - stwierdził niemal obruszony. - Tata będzie ozdobą zamku. Będzie takim nieruchomym szkieletem wiszącym na ścianie.

Idący nieco z przodu kandydat na ozdobę zamku potknął się.

- Acha - wykrztusiłam. - A ty, kim będziesz kochanie?

- Ja będę piratem!

- Myślałam, że to miał być zamek, nie statek?

- To co? Będę piratem na zamku - oświadczył niezrażony. - To będzie diabelski zamek!

- A wiesz, kto to jest diabeł?

Para oczu zwróciła się ku mnie z całą niewinną ciekawością.

- Nie. Kto?


wtorek, 5 lutego 2013

Zbyt wiele pomysłów...


Od zawsze lubiłam snuć w głowie historie. Wieczorami, gdy wszystko dookoła cichło, a ja nie mogłam zasnąć, przenosiłam się w inne miejsce... Dawniej obsadzałam w roli głównej samą siebie i przeżywałam najróżniejsze szalone przygody, wyobrażałam sobie świat, w którym to ja miałam coś do powiedzenia :) Nie potrafię powiedzieć, kiedy te moje osobiste fantazje (w większości zupełnie nieerotyczne;) ) zmieniły się na historie, które chciałam opisać. Na pewno spotkanie z fanfiction mnie do tego zmobilizowało.

Gdy teraz wspominam pierwsze próby z pisaniem, czuję wręcz zażenowanie :) Ale na błędach człowiek się uczy, wstyd byłoby stać tylko w miejscu.



Chociaż pomysły na opowiadania - fabułę, postaci, sceny - przychodzą zwykle same, praca nad tekstami wymaga czasu oraz wytrwałości. Research, kontrolowanie samej siebie, by całość była spójna i miała jakiś sens, by unikać kiczu oraz banału (yyy.....), a przede wszystkim - szlifowanie zdań, które czasem nie chcą się ułożyć, szukanie synonimów, zmaganie się z językiem, by opisać obrazy, jakie widzę w głowie. Tak, to zdecydowanie zajmuje czas, lecz zarazem pozwala mi choć trochę nasycić ten mój głód wiedzy o świecie, o ludziach. Jestem ciekawa wszystkiego i zbieranie materiałów to zawsze interesujące doświadczenie.

Po drodze zarzuciłam sporo pomysłów na opowiadania, być może powinnam je spisać i udostępniać chętnym? Całkiem często słyszę od kogoś, że sam chętnie by pisał, tylko nie ma ciekawej fabuły. 

Teraz staram się skupiać nad "Alpine II", dopracowuję te elementy fabuły, które były jeszcze otwarte, pracuję nad scenami oraz nowymi postaciami. Dodatkowo gdzieś z boku... przygotowuję sobie szkic drugiego dodatku do "Bandyty" - chciałabym na chwilę wrócić do słonecznej Kalifornii, tym razem do Sacramento. Koncepcja jest, tylko to opisać... 

Mam też już zanotowanych parę scen do opowiadania, którym planuję się zająć po "Alpine" - opowiadanie nr 6, tytuł roboczy to "Pod tańczącym aniołem" (PTA, w jednym ze styczniowych postów zamieściłam mały spoiler). W tym przypadku nakładam sobie jednak ograniczenia, gdyż łatwiej i przyjemniej jest zaczynać coś nowego, trudniej dociągnąć do końca napoczętą historię. "Alpine" jest priorytetem. Moja wyobraźnia nie bardzo jednak pozwala sobą kierować, rzadko mam wpływ na to, jakie obrazy czy pomysły mnie nachodzą - cierpliwie je wszystkie notuję, układanie zostawiając sobie na później.



Gdzieś tam w głębi głowy wciąż siedzi mi jeszcze jedna historia, z której nie chciałabym rezygnować, lecz od miesięcy już tylko próbuję się za nią zabrać. Planowany tytuł: "Trzecia". Nie będzie długa, raczej taka rozbudowana miniaturka. Tematycznie - będzie luźnym nawiązaniem do "Przysięgi". Tym razem zadaniem jest nie opisanie samej zdrady jako takiej, ale pokazanie kogoś, kto w takich sytuacjach zwykle obrzucany jest błotem - osoba, która rozbija małżeństwo, która dla własnej przyjemności niszczy czyjeś życie. Fabułę jako taką już mam, ale zanim zacznę pisać, potrzebuję jeszcze trochę na ten temat poczytać. Wiem, że to będzie się wiązało z niewygodnymi emocjami, dlatego chyba podświadomie wynajduję przeszkody, by to od siebie odsuwać. Hm... Zawsze lubiłam takie wyzwania.

I wreszcie już tak całkiem daleko, na horyzoncie... Marzy mi się napisanie klasycznego opowiadania fantasy. Waham się pomiędzy trzema koncepcjami: 1) takim całkowicie zmyślonym światem (z różnymi stworkami), 2) przeniesieniem akcji w przeszłość (świat podobny do naszego, ale z elementami magii), 3) światem całkiem współczesnym, ale z niewielkimi zmianami w stosunku do tego, co już znamy. To trzecie rozwiązanie już wykorzystywałam, w "MSAP" czy "Alpine", to ma swoje wady i zalety. Na razie nie muszę się jeszcze decydować. Na pewno nie będę już pisała wersji fanfiction, to będą całkiem inne imiona, całkiem inne... układy. Na pewno narracja trzecioosobowa, splatające się losy kilku osób i przewrotne podejście do tego, co wydaje się dobre, a co złe. Mam taki wstępny szkic, nawet nie tyle fabuły, co obrazu... Ale to jeszcze o wiele za wcześnie, by cokolwiek zdradzać.

Nie mogę zabierać się za wszystko na raz, bo niczego nie skończę :/ Wyobraźnia pracuje, ale czasu zawsze za mało. Szkoda ;)


poniedziałek, 4 lutego 2013

Luty na zielono.


Przeczucie tknęło mnie, by zajrzeć do ogródka. Wiedziałam, że jeszcze jest za wcześnie, że na początku lutego nie ma co liczyć na cuda, ale skoro śniegi stopniały...

I znalazłam.

Pierwsze, zielone, uparcie wygrzebujące się spod kory, którą okryłam je jesienią. Właściwie już nawet nie pamiętam dokładnie, co tam nasadziłam... Przebiśniegi i krokusy, coś jeszcze? Ważne, że już są :)




Poniżej irysy, jeśli dobrze pamiętam. Listki wypuściły jeszcze w grudniu, nie mam pojęcia po co. I tak sobie trwają - przez śnieg i mrozy. Może są z plastiku?



- Mama, a jak ja właściwie wyszedłem z twojego brzucha?

Na moment wstrzymałam oddech.

- Właściwie to... Nie spieszyłeś się za bardzo.

- Ja wiem! Wyszłem przez twoją buzię!

- Wyszedłem - poprawiłam odruchowo, nadal szukając w głowie jakichś sensownie brzmiących słów. - Nie wyszedłeś przez buzię, tylko pani doktor pomogła znaleźć inne wyjście...

- Nie, mama, przez buzię - zaprotestował pewnym siebie tonem. - A potem była afera, bo szybko wskoczyłem z powrotem do brzucha. I jak tam siedziałem, dotknąłem ręką twojego serca!

Oj dziecko, żebyś wiedział...


***

PS. Moje ulubione - bardzo słodkie, bardzo twarde, po prostu idealne... Czy można się im oprzeć? Ja nie potrafię :)



niedziela, 3 lutego 2013

O fotografii: kilka luźnych rad cz. 2


Ostatnio znalazłam trochę wolnego czasu, zatem - ciąg dalszy wyczytanych "mądrości". Tym razem zajrzałam do książki "195 ujęć Scotta Kelby'ego" - zdecydowanie polecam, autor jest uznanym fotografem, a swoją wiedzę potrafi przekazać w sympatyczny, bardzo przystępny sposób :)


1. Zdjęcia krajorazowe

- najlepsza pora: świt (max 30 min przed / 1h po) lub zmierzch (max 30 min przed/po zachodzie słońca); gwarantuje miękkie, ciepłe, łagodne światło,

- warto pamiętać o statywie (i to prawda - zazwyczaj nie chce mi się nosić, ale później płaczę, kiedy zdjęcia w szczegółach są nieostre),

- odpowiedni dobór przysłony: ta zasada ma zastosowanie uniwersalne - niska wartość przysłony (np. f 3.5 czy f 5.6) daje niewielką głębię ostrości (tj. ostrość można ustawić na jednym obiekcie, głównym temacie zdjęcia, a tło jest rozmyte); im wyższa wartość przysłony, tym większa głębia ostrości - przy f 11 ostry jest już nie tylko "główny" obiekt, ale i wiele elementów tła; to my decydujemy, jaki efekt chcemy osiągnąć,

- zdjęcia płynącej wody (np. wodospadu) - to coś, co sama uwielbiam i zawsze wykorzystam okazję, by trochę się pobawić; aby uzyskać efekt jasnej, ciągnącej się jedwabiście smugi, trzeba ustawić jak najdłuższy czas otwarcia migawki (np. 1 sek); aby zdjęcie nie wyszło prześwietlone, ekspozycję korygujemy albo wysoką przysłoną (np. f 20) albo wykorzystując zwykły filtr szary; nie ma uniwersalnych ustawień, do każdej sytuacji trzeba dobrać je samem, ustawiając metodą prób i błędów,

 - sztuka polega na znalezieniu takiego ujęcia, które będzie nietypowe - np. góry w większości sytuacji oglądamy "z dołu" (kiedy obok nich przejeżdżamy), bardziej więc zaintryguje fotografia, która będzie je pokazywać z góry (np. z wyższego szczytu na niższy).

2. Ciekawe zdjęcia w trudnych warunkach

- tuż po deszczu: jest jeszcze szaro, ciemno, ale kolory są bardziej intensywne, nasycone, na liściach wiszą lśniące krople,

- burza (ach! uchwycić błyskawicę!!) oraz momenty tuż po, gdy przez chmury zaczynają się przebijać promienie słońca, i tuż przed - z kłębami groźnych chmur na horyzoncie,

- mgła (chyba nie trzeba nic więcej dodawać? szkoda tylko, że tego zjawiska nie da się wywołać na życzenie); ciekawy efekt, porównywalny z mgłą daje unoszący się w powietrzu kurz, podświetlony przez słońce.

3. Portrety i zdjęcia grupowe

- kiedy zdjęcie obejmuje dwie lub trzy osoby, warto poprosić je, aby nieznacznie pochyliły ku sobie głowy; to może wydawać się dziwne, ale efekt na zdjęciu jest znacznie leszy niż kiedy trzymają je całkiem prosto,

- aby uniknąć zamkniętych oczu na zdjęciu grupowym: prosimy wszystkich, aby zamknęli oczy i otwarli, gdy policzymy głośno do trzech - zdjęcie robimy na "cztery".



 

piątek, 1 lutego 2013

Przydługi post o moich ulubionych książkach


Gdyby ktoś zapytał mnie o moją ukochaną książkę... miałabym spory problem. Równie ciężko wskazać byłoby mi tę, którą uważam za naj... najlepszą (rozwijającą, ambitną, stanowiącą wyzwanie, prowadzącą do katharsis, etc.). Kiedyś notowałam sobie przeczytane tytuły, dziś ta lista, chociaż od dawna nieaktualizowana, jest baaardzo długa. Lecz wiele pozycji nic mi już nie mówi :)

czwartek, 31 stycznia 2013

Uff...


W tym tygodniu w pracy wyrobiłam już coś ze 300 % normy. Co najmniej. Powinnam być z siebie dumna, ale czuję się raczej zmęczona. I zdecydowanie wolałabym, żeby to szaleństwo nie stało się nowym wyznacznikiem normy.

Nie miałam dziś czasu posłuchać wiadomości w radiu, więc zrobiłam szybki przegląd przez dzienniki internetowe i... Właściwie nie powinnam być już zaskoczona, co w tym kraju uważa się za wiadomość dnia ( a właściwie - "dobrze sprzedający się news"). Mimo to zostaje posmak rozczarowania, powraca też stare pytanie o jajko i kurę: czy to media kształtują społeczną świadomość oraz postawy, czy też raczej są one jedynie odpowiedzią na potrzeby "konsumentów".

Kot zeżarł mi gumkę do włosów. Potem jednak oddał.

Postanowiłam kupić sobie bransoletkę z ćwiekami. Taką bardzo klasyczną, czarną, skórzaną pieszczochę, w sam raz do białej koronkowej bluzki ;) Mąż patrzy na mnie lekko przerażony.

Ech, jeszcze tylko piątek i będzie odrobina wolnego :)

PS. Nalini Singh zdradziła tytuły dwóch swoich nowych książek - "Heart of Obsidian" i "Archangel's Legion". Napisać, że nie mogę się doczekać, to niedopowiedzenie :)




poniedziałek, 28 stycznia 2013

Wracając do pisania...


Chyba teraz już niczego nie zapeszę, jeśli przyznam, że wróciła mi wena na "Alpine" ;) Oczywiście nie brałam pod uwagę, by zostawić to opowiadanie niedokończonym, ale naprawdę długo nie mogłam się za to zabrać...

Wciąż jeszcze pozostało do zrobienia trochę rzeczy, którymi chciałam się zająć zanim wrócę do tamtego świata, lecz przy moim talencie do wymyślania sobie nowych zajęć chyba nie ma sensu się tym za bardzo przejmować. 

Sceny powstają powoli, gdyż wraz z weną przyszły nowe pomysły, ale ważne, że to ruszyło ;) Co mogę zdradzić? Obawiam się, iż na razie niewiele... Wspominałam już, że druga część będzie rozgrywać się (w dużej mierze) w Mason City w Iowa - to taka przytulna, słoneczna mieścina :) Zdecydowanie mniej mroczna. Akcja zaczyna się pół roku od ucieczki, pojawią się nowe postaci i chyba nie muszę dodawać, że ich rola nie od razu będzie jasna. W komentarzach często powtarzało się, iż pomimo blisko 800 stron tekstu nadal pozostawiłam wiele spraw niewyjaśnionych - w moim odczuciu tych pytań nie ma aż tak wiele, sprowadzają się tak naprawdę do jednej czy dwóch zasadniczych kwestii. Druga część opowiadania będzie zdecydowanie krótsza ;) (ha, może tym razem uda mi się ograniczyć). Odpowiadając na prośby - tak, lubię szczęśliwe zakończenia i tutaj też takie będzie, ale zagwarantować to mogę jedynie w odniesieniu do głównej pary bohaterów.

Dla niecierpliwych - spoiler na końcu posta.


"Nagłe ukłucie niepokoju kazało mi odwrócić głowę i zlustrować przestrzeń.


Kątem oka zdążyłam dostrzec ubraną na czarno postać znikającą za rogiem ulicy, miałam też wrażenie, że dosłyszałam dźwięk oddalającego się motoru. Ale to przecież nie musiało niczego oznaczać! Zamarłam w bezruchu i usiłowałam ustalić przyczynę tego niespodziewanego ataku lęku. Kryjące się w trawie owady brzęczały niestrudzenie swoją monotonną melodię, poza mną w polu widzenia znajdowała się jedynie grupa chłopców grających na jezdni w piłkę.


Musiało mi się coś przywidzieć, westchnęłam w duchu, to tylko stres.


Potarłam palcami skroń i otrząsnęłam się z przeczucia, które bardzo przypominało paranoję. Oczywiście zawsze istniało ryzyko, iż wpadniemy w ręce ludzi Volturi, póki co jednak zdaniem Emmetta nie mieliśmy powodów do obaw. Przez pierwsze tygodnie po ucieczce krążyliśmy z miejsca na miejsce, klucząc po całym kraju i kilkakrotnie sprawdzając, czy żadnemu z nas nie doczepiono urządzeń śledzących.


Niebezpieczeństwo było umiarkowane, powtarzałam sobie wciąż, a mimo to raz po raz wracałam do domu niemalże z duszą na ramieniu, klucząc po okolicy i czując się, jakbym była śledzona. Ten pulsujący tuż pod skórą strach pogłębiał dodatkowo fakt, iż Alice stanowczo nie zgadzała się na wychodzenie z budynku, czasem wręcz bała się podejść do okna.


- Oddychaj, Bella, bo nie dożyjesz trzydziestki – wymamrotałam.


Kiedy kątem oka dostrzegłam jadący równolegle do chodnika samochód pisnęłam wystraszona. Dopiero po paru sekundach uświadomiłam sobie, iż pojazd wyglądał znajomo, a kiedy się pochyliłam, napotkałam spojrzenie mężczyzny, którego w tym momencie miałam serdeczną ochotę udusić.

Zatrzymałam się i pochyliłam do otwartego okna.


- Śledziłeś mnie? – spytałam nie kryjąc rozdrażnienia.

Przez jego twarz przemknął wyraz zaskoczenia, sprawiał wrażenie szczerego, lecz tą lekcję dobrze już odrobiłam."



niedziela, 27 stycznia 2013

Mały ranking "fantazji"


Na chandrę mam kilka sposobów. Najlepsze są oczywiście ramiona męża czy energiczna gimnastyka (tzn. taka bez udziału ww. męża - aerobic, bieg czy taniec "metodą mieszaną"). Równie często sięgam też po książkę, przy czym wtedy wybieram te już znane, "bezpieczne", które pozwalają oderwać się od rzeczywistości i zapomnieć o troskach. Ha, do tego najlepiej nadaje się tzw. kobieca literatura (zwana przez innych romansami), w końcu przyjemnie jest przez chwilę wyobrazić sobie, że zdarzają się mężczyźni idealni...

sobota, 26 stycznia 2013

Nic ciekawego.


Ładny, nawet całkiem słoneczny (w końcu!!) dzień i fatalne samopoczucie. Antybiotyk plus sterydy, już nawet boję się wziąć coś na narastający ból głowy, żeby nie mieszać mocniej. Najchętniej zakopałabym się pod kocem.

***

"Dziadek, opowiesz mi bajkę o dawnych czasach, kiedy nie było jeszcze żadnych dziadków?"


Żal ściska pierś tak, że czasem nie mogę zaczerpnąć oddechu. Wiem, że obiektywnie nie mam powodów, że powinnam cieszyć się z tego, co mam. Cieszę się. Co dzień głośno to sobie powtarzam, a i tak mam ochotę zwinąć się w kłębek. Uciekam szukając czegoś, co pozwala choć na chwilę zapomnieć o powodach smutku, łapię się za to wszystko, co rozprasza myśli, pomaga nie czuć.

Nie snuję już marzeń. Drogę do nich zasypały potężne głazy, czuję się wobec nich bezsilna i osamotniona, nie wiem, jak się przedrzeć. To nie chodzi o naiwny młodzieńczy entuzjazm, wiarę w to, że jeśli wystarczająco mocno się chce, można wszystko zmienić. Wiara nie rozbija się o litą ścianę, lecz dzień po dniu słabnie, kruszeje od niepogody. Ledwo odsunę jedną przeszkodę, pojawiają się kolejne. A tak często zmagam się nie tylko z przeciwnościami losu, ale i z uporem tych, których kocham.

piątek, 25 stycznia 2013

Zimowi goście.


Mrozy trzymają, śnieg zasypał - ciężko przetrwać na zewnątrz. Zwierzęta przyzwyczaiły się do korzystania z bliskiego sąsiedztwa człowieka i zapomniały o tym, jak sobie radzić samodzielnie. Dobrze więc je choć trochę je wspomóc, a przy tym... Miło mieć takich barwnych, wesołych gości :)








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...