niedziela, 19 czerwca 2011

Liliowce


Nie mam ochoty pisać. Czuję się zbyt przytłoczona...






Te pomarańczowe są moje prywatne, z mojego mizernego ogródka. Muszę sobie zanotować w kalendarzu, by jesienią koniecznie posadzić ich więcej, inne kolory jeszcze... 


Lekarze nie mieli nic nowego do powiedzenia, mogą wypróbować coś innego, ale... mam poczucie, że to jest bez sensu. Musiałoby się zmienić to, na co nie mamy wpływu. Nie ma już we mnie nadziei. Może tak jest bezpieczniej? Przynajmniej nie załamuję się co chwila. Wciąż jednak czuję żal, rozgoryczenie... Ciężko na sercu.

Miał być wspólny długi weekend, ale ktoś sobie zażyczył obecności mojego męża w pracy. To nic, że haruje dniami i nocami... Szlag mnie trafia :( Wszyscy potrzebujemy spędzić ze sobą więcej czasu...

czwartek, 16 czerwca 2011

[*]






Tak się spieszyłeś, Aniołku, na ten świat i tak krótko tu byłeś. Twoim rodzicom pozostały teraz tylko łzy... Może gdybyś nie trafił na ludzką bezduszność, zostałbyś na dłużej?

środa, 15 czerwca 2011

Codzienna rzeczywistość



Trafiłam na zdanie, które idealnie oddaje to, jak wyglądają moje poranki. "My brain felt foggy, and I was working my morning rituals on autopilot." (cytat pochodzi z "Dreamcatcher" - polecam, jedno z bardziej oryginalnych opowiadań, na jakie ostatnio trafiłam). I zazwyczaj sama jestem sobie winna - nie lubię się za wcześnie kłaść, żeby czasem nie zostać sam na sam ze swoimi myślami, czekam więc, aż powieki same będą mi się zamykały. Mąż nie jest z tych, co grzecznie czekają, aż znajdziemy się w łóżku, więc nawet to mnie nie mobilizuje. Wręcz przeciwnie, zazwyczaj później w nocy przyczłapie do nas mały ludzik, więc... dobrze być kreatywnym.

Właściwie taki stan porannego otępienia jest całkiem przyjemny, myślenie jest wyłączone. Szkoda, że później już muszę zażyć kawy i się obudzić. W pracy mogłoby być ciężko na autopilocie.

Nie, to by zdecydowanie nie wypaliło.



Lubię swoją pracę, ale nie znoszę fałszu i uśmiechania się do osób, których postępowanie budzi we mnie niechęć. A niestety - muszę. To zawsze jednak parę godzin wyrwania się z domowego kieratu, nawet, jeśli wychodzę z biura znużona. Zamykam starannie drzwi, nie przynoszę tych spraw do domu.

Po powrocie mam swoje święte pół godziny samotności, zanim muszę iść po małą strzygę do przedszkola. Kawa, chwilka przy komputerze... Dziś wykorzystałam ten czas, by pieszo przejść część drogi do domu. Zrobiłam zakupy na ryneczku, zajrzałam do kościoła, który mnie od dawna intrygował, czy w środku jest równie uroczy co na zewnątrz. Przeszłam się aleją lipową, odurzona miodowym zapachem, przysiadłam na chwilę w parku.

No dobra.. tak naprawdę głównym powodem, dla którego wysiadłam dziś z tramwaju był pewien skwer pełen liliowców. Od tygodnia już miałam na niego chrapkę, a dziś spakowałam sobie aparat...



To taka chwila wytchnienia. Choć kwadrans, kiedy cieszę się słońcem i zapominam o wszystkim. Ale zaraz już dostrzegam coś, co... przypomina. Zazdrość, rozżalenie, przejmujący smutek kotłują się w moim sercu.

I wszystko gaśnie...


niedziela, 12 czerwca 2011

Sobotnia wycieczka



I znów było kolejowo...

Mnie zachwyciły widoki po drodze. Skrzacik spał, więc nie zatrzymywaliśmy się, a szkoda... Miałam ogromną ochotę przejść się tak po prostu po polach... Pozbierać kwiaty na granicy, zanurzyć się w cień niewielkiego wąwozu przecinającego wzgórza. Boki piaszczystej dróżki znaczyły wszystkie odcienie zieleni. Oszałamiające plamy maków, zabarwione na chabrowo łany pszenicy, bijący po oczach błękit lnu. Do tego lekki wiatr, pieszczące skórę promienie słońca. W powietrzu czuć było zapach lata...



Już kwitną lipy!! Dlaczego to wszystko tak się spieszy w tym roku??

Nie udało mi się zrobić zdjęcia, które oddawałoby majestat tego królewskiego drzewa. Wiekowa, budząca respekt, oszałamia zapachem... To nie tylko potężne gałęzie obsypane delikatnymi listkami, nie tylko miodowa słodycz, ale i ciche, wibrujące buczenie tysięcy pszczół...







Czuję się przytłoczona, mam dość. Za dużo tego się uzbierało. Mam ochotę zwinąć się w kłębek w jakimś kącie i przeczekać... Nie wiem, jak długo. Jestem zmęczona i mam wrażenie, że wszystko wymyka mi się spod kontroli... Nie potrafię się wziąć za obowiązki, nie radzę sobie z ludźmi, a dotychczasowe drogi ucieczki nie działają.

Tak, kryzys... 

Na szczęście mam przy sobie kogoś, kto mnie rozumie i wspiera. Muszę się pozbierać, muszę jakoś dać radę. Przetrwamy i ten kryzys.

sobota, 11 czerwca 2011

To też życie



Prawie co dzień, idąc na plac zabaw, mijamy niewielki, ceglastoczerwony budynek, tonący w zieleni. Zadbany ogród, niemal zawsze pusty, kręte ścieżki i urokliwe ławeczki, zapraszające, by na nich przysiąść. Pusto. Czasem tylko można dostrzec kogoś na dyskretnym tarasie, nie wiem, czy to mieszkańcy czy ich goście...

Prawie nigdy nie myślę o tym, co się tam mieści. Wiem, ale... nie zagłębiam się w to.

Miniaturkę "Ostatni raz" napisałam pod wpływem bardzo smutnych dla mnie wiadomości. To... ciężkie dowiedzieć się, że już nie zdąży się komuś czegoś powiedzieć. Niespodziewane, bolesne, okrutne. Każda śmierć jest trudna, lecz w młodym wieku... Nigdy nie wiadomo, co przyniesie jutro. Pewnych spraw nie można zostawiać na później.

Sytuacja, w jakiej postawiłam tam Edwarda wyszła jednak dość przypadkowo. Nie to było moją intencją, skupiałam się na Belli. Tak łatwo puścić wodze fantazji, zbudować sobie piękny zamek, który za podstawy ma niedopowiedzenia i raczej marzenia niż rzeczywistość. Może się okazać, że nigdy już nie będzie okazji zrobić coś więcej.

Dopiero opisując te sceny z Edwardem zaczęłam się zastanawiać, jak on musiał się czuć. Bo tragiczny wypadek może zdarzyć się każdemu, nie da się na to przygotować i nie ma sensu o tym myśleć (no tak, przynajmniej trzeba się starać o tym nie myśleć). Ale jak poradzić sobie z życiem z wyrokiem? Poddać się, spędzając upływające nieubłaganie godziny na zrezygnowanym patrzeniu przez okno? Walczyć, z chorobą, bólem, słabością i poczuciem beznadziei, staczając zażarty bój o każdy kolejny dzień? Przy całej świadomości, że nie będzie ich już wiele?

Skąd czerpać na to siłę? Czy można cieszyć się takim życiem?

Znane hasło kampanii społecznej głosi, że hospicjum to też życie. Jeśli mam mówić za siebie, to rzadko zastanawiam się, co to tak naprawdę znaczy. Póki jest się zdrowym, nie chce się przecież myśleć o chorobie i śmierci. To... budzi niepokój, strach... Łatwiej powiedzieć - współczuję i odwrócić się, wymazując ten obraz ze swojej głowy. Ewentualnie przekazać 1 % podatku jako wsparcie, uspokajając swoje sumienie (tyle jest osób, którym można pomóc... ciężko wybrać cel).

Mieszkańcami hospicjów są najczęściej osoby starsze. Czy przekroczenie progu tej placówki traktują jako odnalezienie miejsca, w którym ktoś im pomoże, choć trochę ulży w niemożliwym do zniesienia bólu (te choroby, długie listy schorzeń, to najczęściej nieustanny ból)? Czy też miejsce, w którym mogą spokojnie czekać na ostateczne wyzwolenie?

Nie potrafię sobie wyobrazić.

A hospicja dziecięce? Jak dobry Bóg może pozwalać, żeby takie miejsca musiały powstawać? Jak sobie poradzić z tym, kiedy już od dnia narodzin wiadomo, że... nie będzie można prowadzić wyczekanego maleństwa z rączkę, że nie zdąży się usłyszeć od niego pierwszego słowa? Chować łzy i cieszyć się każdym podarowanym dniem? Dziękować choć za te parę tygodni czy miesięcy?

Nie jestem w stanie choćby spróbować o tym myśleć.

Hospicja to nie tylko łóżka i lekarze ze środkami przeciwbólowymi. To znacznie, znacznie więcej...




piątek, 10 czerwca 2011

5 lat minęło...



To już pięć lat...

Pamiętam gorącą atmosferę tamtego dnia, pośpiech, zdenerwowanie. Ostatnie poprawki, sprawdzanie, czy wszystko jest na swoim miejscu. Czy nikt z gości się nie zgubił po drodze. Czy o niczym nie zapomnieliśmy.

Długi tren mojej sukni, tata prowadzący mnie pod rękę... Moment, gdy uniosłeś welon z mojej twarzy.

Pamiętam łzy wzruszenia w tamtej absolutnie magicznej chwili, kiedy patrzyłam w ukochane oczy, wypowiadając z całą wiarą, ze szczerego serca słowa przysięgi. Świat na chwilę zawirował, wszystko dookoła się rozmyło, byliśmy tylko my.

Pamiętam triumfalny marsz i wyjście z pachnącego liliami wnętrza na jaskrawe czerwcowe słońce, ryż, brawa i życzenia, których treść do mnie wtedy nie docierała. Pamiętam jeszcze pierwsze takty cudownego walca, wirujące dookoła nas twarze...


To było aż pięć lat temu?

To było tylko pięć lat temu?

Dziś pozostały piękne zdjęcia i wiele wspomnień. Kiedy przypominam sobie te wszystkie przygotowania, na moich ustach pojawia się pobłażliwy uśmiech. Teraz już oprawa nie wydaje mi się tak ważna. Czasem sobie myślę... że pięć lat temu byłam jeszcze bardzo naiwna. Wielu rzeczy nie wiedziałam.

Słowa przysięgi, wypowiedziane w tamtej uroczystej chwili z wiarą i uczuciem, nieraz były moim wsparciem w chwilach zwątpienia. Zdarzało się, że musiałam przypominać sobie ich sens, prawdziwe znaczenie, szukając w nich siły...

Wiem też, że niejedno jeszcze przed nami.

Najważniejsze jednak jest to, że wciąż idziemy trzymając się za ręce, czy w słońce czy w deszcz, wspierając się uśmiechem, a czasem i łzami... Razem, wciąż razem, zawsze razem.
A słowa tamtej przysięgi nadal mocno tkwią w moim sercu.

czwartek, 9 czerwca 2011

Wspomnienie



Pamiętam taki ciepły czerwcowy wieczór, wiele, wiele lat temu. Wtedy czekałam, tęskniłam za Tobą, nie mogłeś być przy mnie...


Oderwałam się od nauki, by usiąść w mojej cichej kryjówce nad rzeką. W gasnącym świetle dnia jej zakola lśniły leniwie, a nisko nad horyzontem wisiało wielkie, czerwone słońce, otulone pledem gorejących chmur. Powoli ściemniało się, las obok mnie tchnął wilgocią i niepokojem. Zieleń łęgów, zaplątany kwiat, nieświadoma otaczającej ją przestrzeni, pływająca w zadumie lilia.

Kochany, tu jest tak pięknie!

Jeszcze jedno spojrzenie na rzekę, na wypełzające zza jej zakrętu mgły, nadciągający zmierzch.

Tak brakowało mi wtedy Twoich ramion Kochany, chciałam wziąć Cię za rękę, podziwiać ten wieczorny spektakl razem z Tobą. Patrzyłam na wąską ścieżkę na zachodnim brzegu rzeki, tą, która zawsze mnie kusiła swoją tajemnicą, obiecując sobie, że następnym razem przyjdę tu z Tobą.

To było tak dawno temu... Teraz co wieczór jesteś ze mną.

Tylko nie ma już tamtej rzeki.


wtorek, 7 czerwca 2011

Weekend męskich rozrywek



Ach tak, tęskniłam za ciepłem i słońcem. Bardzo mi tego brakowało, zimą. Muszę koniecznie o tym pamiętać (można się nagrzać "na zapas"?). Zapiszę sobie na karteczce i przykleję nad biurkiem. 

Upalny weekend upłynął nam pod znakiem rozrywek dla prawdziwych mężczyzn.


W sobotę w końcu udało się nam dotrzeć do parowozowni, do której wybieraliśmy się już od... bardzo dawna. Trzeba mieć naprawdę szczęście, by jadąc tak w ciemno trafić akurat na festyn. Moim panom trafiła się nie lada gratka - przejazd w kabinie maszynisty zabytkowym parowozem (chociaż jak stamtąd wyszli, to zupełnie im nie zazdrościłam - gorąca i sadzy; pranie w każdym razie spadło na moją głowę). Wszystkie śrubki, tłoki, nastawnice oraz zapadnie zostały obmacane i gruntownie przebadane.

Tylko mi przypadło najbardziej niewdzięczne zadanie - sfotografowanie smoliście czarnego parowozu w samo południe, w palącym słońcu jest naprawdę frustrujące. To już trzecia parowozownia, jaką zwiedzaliśmy, i po raz trzeci przekonałam się, że to wyzwanie mnie przerasta.



W niedzielę dla odmiany były czołgi. Różnice między T-34 a T-55A są zdecydowanie nie na moją głowę... Całe szczęście, że w pobliżu rośnie sporo kwiatów, w przeciwnym razie moja rola ograniczyłaby się wyłącznie do zapewnienia prowiantu. Ale kwiaty... to już innym razem.





Jak to Amerykanie mawiają - life sucks...

niedziela, 5 czerwca 2011

Zniechęcenie



Od kilku dni mam nastrój taki, że najchętniej zamieszkałabym w pustelni. Mogłaby to być taka na ponurym, skalistym wybrzeżu, smagana lodowatym wiatrem. Chciałabym zostać sama, z nikim nie rozmawiać, nikogo nie oglądać.

Nie mam ochoty zajmować się kwiatami, piec ani nawet pisać...

A już ostatnie, czego potrzebuję, to by ktoś próbował na siłę poprawić mi humor.



sobota, 4 czerwca 2011

Bukiet tych zwyczajnych, polnych - dla A.



Bo wiem, że je uwielbiasz :)






Żałuję, że nie miałam trochę więcej czasu (ale stanęliśmy na poboczu, to nie było zbyt bezpieczne) i że pora dnia nie była odpowiednia. Ciekawsze światło byłoby pod wieczór...


środa, 1 czerwca 2011

I po maju.

 

Nie wiem, kiedy ten miesiąc minął. Mnie w każdym razie przy tym nie było.

Ktoś narzeka na upał?? Trzy miesiące temu był marzec, zimno, mokro, szaro i w ogóle nieprzyjemnie. Resztkami sił dreptało się w miejscu, przytupując dla rozgrzewki i czekając na wiosnę. Za trzy miesiące.. znów zrobi się chłodniej. Przyjdzie wrzesień, z deszczem i jesienią... Trzeba się cieszyć ciepłem, póki jest. 



Znów zachciało mi się zmierzyć z HDR. Dotychczasowe próby raczej nie nadawały się do pokazywania i nieco się zniechęciłam. Tym razem zdjęcia do łączenia wywołałam z formatu RAW (konwertując je do TIF, 5 zdjęć co 0,7 EV). Łączyłam w automacie, bez żadnych poprawek. Z pewnością można je jeszcze dopieścić, choćby popracować nad zmniejszeniem ziarna czy podkreśleniem cieni. Mnie póki co cieszy, że udało się cokolwiek ;) 

Oryginalne zdjęcie jest w poście z 4 maja - "Czas leśnych duszków"


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...