piątek, 15 listopada 2013

Góry Stołowe - Szczeliniec


Na wycieczce byliśmy w połowie października, ale zupełnie nie miałam czasu, aby zająć się zdjęciami. Jestem do tyłu ze wszystkim :/ Jeśli ktoś zamierza mi wciskać, że doba wcale nie uległa skróceniu, zarzucę mu kłamstwo.

Ale nie o tym miało być...

Dolny Śląsk zawsze był i będzie moim ukochanym regionem. Uwielbiam te lasy i wzgórza, malownicze wzniesienia i senne miasteczka pełne skarbów jakże bogatej historii. W minionych wiekach tereny te przechodziły z rąk do rąk, a każdy okres odcisnął swój znak. Przyroda również nie poskąpiła urody :) 

Tym razem udało się nam wybrać na planowaną od dawna wycieczkę w Góry Stołowe. Co prawda musiał wystarczyć nam tylko jeden dzień, jechaliśmy z Wrocławia i... jakoś nie udało się rano zbyt wcześnie wstać, więc zdołaliśmy dotrzeć tylko na Szczeliniec. Błędne Skały odwiedzimy następnym razem. Pogoda dopisała, co prawda ranek nie zapowiadał się słonecznie, lecz zanim dojechaliśmy na miejsce, niebo się przetarło. Jedyne, co mnie rozczarowało, to ilość ludzi, jaka wpadła na ten sam pomysł - nie spodziewałam się, że o tej porze roku spotkamy w górach takie tłumy! Niestety, to trochę utrudniało robienie zdjęć.

Miejsce to znam od dzieciństwa, odwiedzałam wielokrotnie (choć ostatni raz - kilkanaście lat temu, w pewną wyjątkowo mroźną zimę, po kolana w śniegu - takie wędrówki się pamięta!!). Wtedy nie było tych barierek, nie było równych, prostych schodów, a wspinaczka wydawała się znacznie trudniejsza...

























Gdyby ktoś się zastanawiał, skąd wzięła się nazwa - Szczeliniec - wyjaśniam - tam trzeba naprawdę bardzo uważać pod nogi. Większość rozpadlin odgrodzona jest barierkami, lecz w wielu miejscach łatwo można skręcić nogę (lub coś więcej).



 Niestety, w najciekawszym miejscu, Piekiełku, zrobił się zator i nie miałam szans na interesujące zdjęcia. Musicie uwierzyć mi na słowo, że to robi wrażenie :) Przez niektóre szczeliny trzeba się przeciskać nisko schylonym, zdejmując plecak i kucając. Czasem... wydaje się, że przejścia nie ma. Ot, przygoda :)




sobota, 9 listopada 2013

Koniec "Alpine II" :)


I to już jest koniec :) Udało się dobrnąć do epilogu :)

Kiedy zaczynałam planować tą historię, nie wyobrażałam sobie, że tak się ona rozwinie. Nawet na początku drugiej części - choć miałam wyraźnie wyrysowaną fabułę - nie spodziewałam się napisać więcej niż 200-300 stron, max 10 rozdziałów. Moje zapędy grafomańskie znów dały o sobie znać :/

Samo "Alpine"... Okazało się bardziej mroczne niż zamierzałam. Myśląc o pierwszej części wyobrażałam sobie ponure miasteczko, w którym nieświadomy przybysz wyczuwa grozę. Chciałam tak zbudować postaci, by nie dało się na pierwszy rzut oka odgadnąć, czy główna bohaterka znajdzie w nich wrogów czy przyjaciół - takie: "pozory mylą"... Po Waszych komentarzach wiem, że przynajmniej w części mi się to udało. Samo snucie tajemnic sprawiało mi ogromną przyjemność, choć chwilami przytłaczały emocje, jakie odczuwałam razem z Callie/Bellą. Obiecywałam więc sobie, żeby ta druga część była pogodniejsza. Hmmm... Pogoda w Iowa okazała się zdecydowanie lepsza, nastrój opowiadania - niekoniecznie :)

Pytałyście w wiadomościach, skąd pomysł na Alpine - miasteczko kukiełek? Chciałam... czegoś innego, lecz większość wątków, jakie przychodziły mi do głowy, zaraz odrzucałam przypominając sobie, że gdzieś już to czytałam... Z początku rozważałam historię, w której główna bohaterka trafia do zapomnianego przez Boga i ludzi miasteczka (np. dziennikarka szukająca materiałów, dziewczyna szukająca swojej zaginionej koleżanki) i niespodziewanie odkrywa tam swoje korzenie. Magia oraz niebezpieczeństwo. Ten pomysł wymagał doszlifowania, wielu obróbek i rozmyślania nad dodaniem mu choć trochę wiarygodności. To była długa praca, w trakcie której pojawiały się nowe cegiełki, nowe wątki, z których splatałam fabułę. Właściwie każde z moich dotychczasowych opowiadań wymykało się spod kontroli, zaczynało żyć własnym życiem :)

Chciałam niejednoznacznych postaci, szczególnie tych pierwszoplanowych, starałam się manipulować tym, jak mogli być odbierani. Choć zazwyczaj pomysł na przebieg akcji rozwija się sam z siebie, pomysły pojawiają się ot tak, niektóre rzeczy dodaję świadomie - w przypadku "Alpine" problem (nie)równouprawnienia kobiet czy różne pytania o naturę człowieka.

Przy okazji - od jednej z czytelniczek dostałam wiadomość, że odwiedziła kiedyś Alpine w Wyoming, to prawdziwe :)

Być może część czytelników poczuje się rozczarowana otwartym zakończeniem, wolałam jednak pozostawić pole do snucia wyobrażeń - czy zdecydowali się zostać w Alpine? Czy Callie/Bella pozwoli sobie na szczęście, które zamierzała odrzucić? Czy Alex/Riley ściągnie na nich kłopoty? Kogo wybierze Jeanne/Rose?

Nie planuję już kolejnej części, ale gdyby... gdyby... gdyby kiedyś coś takiego przyszło mi do głowy, to furtka będzie otwarta. Może wrócę z choć krótką historyjką, zobaczyć, co tam u nich słychać?

Skończyła się przygoda zwana "Alpine", teraz już mogę spokojnie skupić się na nowej historii. Choć to powoli... W międzyczasie muszę zająć się jeszcze paroma innymi sprawami. Zatem - do zobaczenia ponownie przy PTA :)


czwartek, 7 listopada 2013

O doświadczeniach sędziów...


Z praktyki zawodowej wiem, że sędziowie miewają najróżniejsze "doświadczenia życiowe" - czasem to człowiek się zastanawia, gdzie oni tych doświadczeń nabrali i czy aby na pewno w tym życiu. Dziś trafiłam na taki kwiatek:

Sąd Apelacyjny w Łodzi I Wydział Cywilny
Sygn. akt: I ACa 897/12
wyrok z dnia 19 grudnia 2012 roku
"Słusznie sąd pierwszej instancji ustalił, że powódka przyczyniła się do powstania szkody w 20%. Powódka pomimo młodego wieku była osoba dorosłą, sprawna wówczas intelektualnie (nie pila alkoholu), a zatem winna oceniać całą sytuację rozsądnie. Skoro M. K. (1) i ona byli na zabawie tanecznej, gdzie był dostępny alkohol, to skoro prosił on powódkę aby prowadziła w drodze powrotnej jego samochód, to kierując się doświadczeniem życiowym i logicznym rozumowaniem oznaczało, że zamierzał pic alkohol. W polskiej rzeczywistości żaden mężczyzna dobrowolnie nie odda kobiecie swojego samochodu, jeżeli jest zdolny do jego prowadzenia (trzeźwy)".

Tak, niewątpliwie doświadczenie życiowe i logiczne rozumowanie.

Gwoli wyjaśnienia może dodam, że w składzie sędziowskim były wyłącznie panie.





środa, 6 listopada 2013

W jakim kraju żyjemy?


Nie powinnam się już dziwić ani oburzać, ale mimo wszystko - nawet po takiej zwykłej, codziennej prasówce wszystko się we mnie gotuje. Są tematy, które niezmiennie budzą we mnie mordercze instynkty, ostatnio powracają częściej - ot, dziś przeczytałam wypowiedź kolejnego księdza, który stwierdził, że dzieci same wchodzą dorosłym do łóżek ("Ale mamy i dzieci 10-letnie, trochę starsze, i znam przypadki, gdzie ich życie intymne potrzebowało wcześniejszego zaspokojenia."). To pewno też wina feministek :/

Najlepiej byłoby cofnąć się znów do średniowiecza, czyż nie? Nikt nie kwestionował słów dobrodzieja, tłuszcza siedziała cicho i potulnie, na tacę dawała.

Tak na marginesie, Amerykańskie Stowarzyszenie Psychologiczne (APA) uznało, że pedofilia to nie zaburzenie, a orientacja seksualna. Być może. Nie powinnam odnosić do teorii z dziedziny, o której mam jedynie niewielkie pojęcie, jak każdy laik, ale i tak ciśnienie mi się podniosło. Kiedyś za utrzymywanie stosunków homoseksualnych groziły kary, dziś - choć niektórym z trudem to przychodzi - głoszona jest tolerancja (którą w tym przypadku jak najbardziej popieram). Tylko czekać, jak teraz jakiś baran stwierdzi, że karanie pedofilów to dyskryminacja mniejszości seksualnych.

Ugh...

Albo inny przypadek - gdy lekarz-seksuolog stwierdza, że kiedy kobieta umawia się z mężczyzną na drinka, to nie powinna się dziwić, że on ją później zmusza do czegoś więcej. Wyrwane z kontekstu? Być może, takie słowa jednak w ogóle nie powinny paść!

Ach, i jeszcze kwiatek, który dziś czytałam kilkakrotnie oczom nie dowierzając: Hello Kitty to symbol satanistyczny!! Śmiać się czy płakać? Tak właśnie czułam, że w tym landrynkowym różu musi być coś podejrzanego.

"Ostrzeżenia przed Hello Kitty można było usłyszeć np. podczas poznańskiego Kongresu Kobiet Konserwatywnych. Niebezpieczne dla dzieci miałoby być to, że jej wizerunek pojawia się nie tylko na piórnikach, ale także na gadżetach erotycznych.

Kotką straszył też podczas kwietniowej konferencji w białostockiej katedrze ksiądz Paweł Popielnicki, diecezjalny egzorcysta. Swoje wystąpienie zatytułował "Piekielne zabawy". - Hello Kitty zabawka i postać z bajki demoniczna. Na pierwszy rzut oka - sympatyczny kotek. Twórca tej postaci miał syna czy córkę... Dziecko było bardzo chore na nowotwór jamy ustnej. Poprosił jakiegoś demona o uzdrowienie. Dlatego kotek nie ma ust - dowodził ksiądz.

W maju podobne rzeczy opowiadał także proboszcz Andrzej Bemowski, z parafii pw. Świętej Teresy od Dzieciątka Jezus w Gdańsku. - Kto kupuje przedmioty z wizerunkiem kotki Hello Kitty, oddaje swoje dziecko w ręce demonów! - przeczytali wierni w ulotkach, które dostali po niedzielnej mszy.
"

Ale mamy i takie kraje jak Szwecja, gdzie każdy film musi uzyskać certyfikat stwierdzający, że nie prezentuje obrazów dyskryminujących którąś z płci, a minister raz przyłapany na płaceniu za obiad służbową kartą sam podaje się do dymisji. Szwedzi są dziwni? Być może.


sobota, 2 listopada 2013

Recenzja: "Archangel's Legion" Nalini Singh


Ostatnio zupełnie nie mogę dogonić uciekającego czasu, lecz przeczytania tej książki nie potrafiłam sobie odmówić. 29 października ukazał się 6. tom serii "Łowca Gildii" Nalini Singh, a choć przez cały dzień powtarzałam sobie, że powinnam zaczekać do weekendu, pierwszym co zrobiłam wieczorem, było otwarcie tej książki :)

Oczywiście następnego dnia byłam baaaaaaaardzo niewyspana :)

niedziela, 27 października 2013

Wszystko to już było...


Coraz częściej, nawet tutaj, zdarza mi się wyrzekać, w którą to stronę świat zmierza :/ Brak poszanowania wartości, brak empatii czy szacunku dla drugiego człowieka.

Ale przecież... Te wszystkie wady i słabości są stare jak świat. Co się więc zmieniło? Tempo życia oraz narzędzia, z których na co dzień korzystamy.

I może jeszcze jedno - coraz powszechniejsze przyzwolenie na fałsz, pazerność, cwaniactwo. Kiedyś nie wypadało (szczególnie w tych tzw. wyższych warstwach społecznych), dziś to po prostu skuteczne sposoby, aby osiągnąć cel. Uczy się ich nawet dzieci.

Przypadkiem znalazłam taki obrazek, wydaje się pasować (źródło tutaj).





piątek, 25 października 2013

Rozmowy kontrolowane


Chyba wszyscy słyszeli o ACTA. Niektórzy słyszeli o Edwardzie Snowdenie oraz PRISM (afera zresztą niedawno odżyła - teraz europejscy politycy mogą sobie na nowo przemyśleć sprawy transatlantyckiej przyjaźni oraz sojuszu). Zresztą jak twierdzą specjaliści - od zawsze szpiegowano, tylko nie wypadało się z tym ujawniać.

Ale co innego podsłuchiwanie polityków, a co innego - regularne "nasłuchiwanie" zwyczajnych obywateli, pod sztandarem walki z terroryzmem: teoretycznie dostęp mają do wszystkiego, co podłączone jest do sieci i nie tylko. I tu pojawia się pytanie, ile osób wie, które z wielkich firm informatycznych i komputerowych współpracuje z amerykańskimi tajnymi służbami?

Google na pewno. Przy okazji - pozdrowienia dla pana agenta :)

Ale nie o tym chciałam napisać.

Przy drodze, którą chodzę codziennie, jest stary, częściowo już zerwany plakat pewnej organizacji anarchistycznej nawołujący do protestu wobec monitoringowi miejskiemu. Mijałam go obojętnie, plakatów na mieście wiele, a z anarchistami nigdy mi nie było po drodze (choć podobają mi się niektóre z ich haseł - te skierowane przeciwko bezmyślnemu konsumpcjonizmowi). Ale że mam taki kłopotliwy nawyk myślenia o najróżniejszych sprawach, za którymś razem i ten plakat przyciągnął moją uwagę.

Czy można porównywać monitoring do inwigilacji?

Hmm... Odruchowo powiedziałabym, że nie. Jako (zazwyczaj) porządny obywatel czuję się bezpieczniej widząc na rogu ulicy kamerę. Nie podejrzewam, by pan siedzący w centrum monitoringu próbował przy okazji ludzi podglądać (filmy są raczej kiepskiej jakości), a raz po raz słyszy się, jak dzięki kamerom policji udało się szybko zareagować.

Tak...

Wszystko zaczyna się od słów "W interesie waszego bezpieczeństwa..." głosił plakat ozdobiony bardzo sugestywnym szkicem. Od razu przypomina mi się Orwell i "1984", czy takie obrazy jak chociażby "Raport mniejszości" Spielberga.

I tak sobie myślę, że faktycznie krok po kroku przyzwyczajamy się, by ktoś ingerował w nasze życie - obserwował nas na ulicy (to przecież niewinne! to dla bezpieczeństwa!), miał dostęp do maili (ech, dla amerykańskich służb nie jestem nikim ważnym, w końcu zamachu nie planuję), zbierał najróżniejsze informacje (cookies?? kto jeszcze to blokuje, są przecież nieszkodliwe!). Już teraz niemal każdy z serwisów internetowych tworzy sobie nasz profil, zapisuje informacje o tym, co nas interesuje i co oglądaliśmy, by następnym razem "podsunąć nam specjalnie przygotowaną ofertę". Pozostałe informacje ujawnimy sami na portalach społecznościowych. Albo te niewinne pytania w supermarketach o kod pocztowy ("czy gazetka reklamowa dociera?"), który zapisywany w kasie można łatwo powiązać z konkretnym zakupem (wartość oraz zawartość koszyka), a czasem i numerem karty płatniczej.

Inwigilacja? Szkoda tracić czasu na dyskusję, zyski przeważają nad potencjalnymi stratami.

A jednak... Może jednak coś w tym jest i za jakiś czas okaże się, że te futurystyczne wizje przyszłości niepostrzeżenie staną się rzeczywistością? Nadal czuję się bezpieczniejsza widząc kamery miejskiego monitoringu, lecz inne formy "podglądactwa" zaczynają budzić mój niepokój i sprzeciw. Coraz trudniej dziś się ukryć, szczególnie w przestrzeni wirtualnej, uważam jednak, że mimo to (a może - tym bardziej) warto zatroszczyć się o swoją prywatność.




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...