piątek, 21 czerwca 2013

Grzeszki nasze codzienne...


Przysłuchuję się gniewnym rozmowom Polaków, gdyż często trudno przed nimi uciec. W pracy , w kolejce do kasy, na parkowej ławeczce - wszyscy narzekają. Lista tematów jest długa, choć oczywiście niektóre, jak na przykład służba zdrowia, edukacja czy rynek pracy, pojawiają się częściej niż inne.

Żeby była jasność - ja również często narzekam. Do szału doprowadzają mnie nadużycia, zaniedbania, kompletnie bezsensowne decyzje czy bałagan...

Ale też staram się pamiętać, że "tam" (w tych wszystkich miejscach, których funkcjonowanie krytykujemy), siedzą też - tylko - ludzie. Mają swoje słabości, swoje zmartwienia... Sam fakt pracy w instytucji państwowej czy w tzw. zawodzie zaufania publicznego niczego nie zmienia. Nie zamierzam usprawiedliwiać tego całego bałaganu, lecz potrafię sobie wyobrazić, skąd się on bierze. W końcu tak łatwo sobie powiedzieć, że jest się odpowiedzialnym za odcinek od "3" do "6", a "7" to już nie moja działka, niech się inni martwią. Albo wykorzystać okazję - żeby dorobić, żeby przyoszczędzić - to przecież ludzkie odruchy... Kto by nie uległ? Wszyscy znamy przysłowie, co robi z ludzi okazja... Każdy ma na sumieniu jakieś grzeszki. Więc im większe ma ktoś możliwości, tym - niestety - większe prawdopodobieństwo, że skorzysta. I tak się to koło toczy...

Może więc zamiast wciąż narzekać, powinniśmy się skupić na tym, jak to zmienić? Zaczynając od kształtowania odpowiednich postaw - nawet w tak banalnych kwestiach jak nieprzechodzenie na czerwonym świetle czy ograniczenia prędkości. Jeśli uda się wpoić szacunek dla drugiego człowieka, poszanowanie dla przepisów, etc., wychować w ten sposób nowe pokolenie - to może uda się zmienić coś więcej...












czwartek, 20 czerwca 2013

Nowy aparat :)

Zostałam dziś szczęśliwą (oj, bardzo szczęśliwą!!) posiadaczką tej oto pięknej lustrzanki :) Sony Alpha SLT-A57 :) Pozostając wierna firmie Sony zdecydowałam się na model o 6 czy 7 lat młodszy, przełożyłam ulubiony obiektyw i... mogę się bawić :)

Na moją starą alfę 100 nie narzekałam, nie zmieniałabym jej, gdyby nie zaczynała się znów psuć. Już rok temu w serwisie orzekli, iż wyrobiła więcej zdjęć niż przepisy pozwalają, miała więc prawo stopniowo odmawiać posłuszeństwa. Jako aparat moje wszystkie potrzeby zaspokajała, nie szukałam nowszych rozwiązań (zakładając, iż nowe technologie nie wykadrują zdjęcia za mnie), ale skoro już trzeba było wybrać... Okazuje się, że te parę lat różnicy robi swoje, A57 jest znacznie bardziej zaawansowany, bardziej niż się tego spodziewałam. 

TO ROBI RÓŻNICĘ. 

Choć obiektyw mam ten sam, aparat radzi sobie bez porównania lepiej w trudnych warunkach oświetleniowych (a takie miałam wieczorem), np. przy ISO 3200 nie widać ziarna. Jest szybszy, cichszy, lepiej ostrzy... Och, ta ostrość bardzo mi odpowiada, podobnie jak szybkość pracy autofokusa. Pozostaje mi teraz opanować nowe funkcje - ich zasadniczy układ się nie zmienił, wiele można odnaleźć intuicyjnie, ale do instrukcji też będę musiała zajrzeć. W starym najważniejsze rzeczy zmieniałam nawet nie patrząc.. W A57 muszę też przyzwyczaić się do elektronicznego wizjera lub podglądu na ekranie, do automatycznej lampy (już ją wyłączyłam).. W kiepskich warunkach robi serię zdjęć i od razu je łączy w jedno ostrzejsze. A te wszystkie automatyczne efekty, np. HDR? Czeka mnie sporo zabawy :)

Poniżej parę próbnych zdjęć. Wiem, że nie wyglądają tak kolorowo jak fotografie, które zwykle tu wklejam, ale to tylko obrazy testowe - nic przy nich nie robiłam, nawet ich nie dotknęłam programem graficznym, zostały wykonane od razu jako jpg a nie RAW, a do tego.. robiłam je ok. 21, z burzą kotłującą się nad głową. Było naprawdę ciemno!! I jak dla mnie - efekty są rewelacyjne.

(zanim się nie nauczę... mam jeszcze spory zapas zdjęć, które chciałabym tu pokazać, zrobionych starą alfą...)

 





wtorek, 18 czerwca 2013

O dziewczynce i smoku.


Wymyślenie tytułu jest dla mnie często trudniejsze niż sam post :/ Ten raczej też średnio odnosi się do tematu, jaki chciałam poruszyć.

W ostatnich "Wysokich Obcasach" trafiłam na rozmowę z Susan Faludi, amerykańską dziennikarką, autorką książki "Reakcja. Niewypowiedziana wojna przeciw kobietom". Sama rozmowa ciekawa (TUTAJ), mnie zawsze przyciągają rozważania o kobietach, zatrzymałam się jednak przy jednym jej fragmencie:

"Wydaje mi się, że cała ta debata, czy kobiety są dziś feministkami, czy nie, omija dużo głębszy problem: co feminizm oznacza dla mężczyzn? Dla kobiet feminizm nie jest jakoś szczególnie skomplikowany: chodzi o to, że jestem istotą ludzką i powinnam mieć te same prawa i obowiązki co inne istoty ludzkie. Ale dla mężczyzn pojawienie się kobiet, które są silne, niezależne i radzą sobie bez nich, oznacza poważny kryzys."




Fakt. Można poruszać najróżniejsze aspekty tego, jak się żyje kobietom w dzisiejszym świecie, gdzie nadal są problemy, narzekać czy nawoływać do zmian, ale sama przyłapałam się na tym, że rzadko zastanawiam się, jak to wygląda z perspektywy mężczyzn. Coś się zmienia, co prawda powoli, ale chyba nie wszyscy sobie z tym radzą. Jakie będą "po nowemu" relacje między kobietami a mężczyznami? Już nie on-żywiciel rodziny, ona-strażniczka domowego ogniska, ale... partnerzy? Słyszałam już głosy wieszczące, że model partnerski w skali społeczeństwa wcale się nie sprawdza. Życie pokaże, na razie to taki okres przejściowy - i w związku z tym mam wielki problem z bajką :)

Tu przechodzimy do tytułu dzisiejszego posta :)

Czy tylko ja mam skojarzenia??

Otóż ostatnio chodzi za mną pomysł na bajkę. To znaczy już dawno obiecałam sobie, iż kiedyś tam... napiszę bajki, takie dla nowoczesnych dziewczynek, ale nie naciskałam na wenę, ona nie lubi presji, i teraz pomysł sam się pojawił.

Zatem... Dawno temu żyła sobie pewna księżniczka (a co - w końcu to bajka!). Na jej krainę najechał jakiś okrutny i potężny przeciwnik (ta postać wymaga jeszcze dopracowania) i dziewczynka musiała uciekać. Jak to nowoczesna dziewczynka, postanowiła nie czekać na księcia, lecz wziąć sprawy w swoje ręce. Podczas wędrówki spotkała smoka (ha, całkiem spore pole do interpretacji, jakie znaczenia może kryć w sobie "smok"), który uczynił dla niej wyjątkowe odstępstwo w swojej diecie i zamiast ją pożreć postanowił jej pomóc. Nie, nie spalił na popiół armii przeciwnika, lecz stał się jej przyjacielem.

Z początku chciałam, by mała księżniczka chwyciła za miecz, to jednak niezbyt mi się podobało - przebrałaby się tylko za mężczyznę, a nie poradziła sobie jako kobieta. A przecież kobieta też potrafi się obronić, czyż nie? O tym właśnie chciałabym w bajce opowiedzieć... I zaczęłam się zastanawiać, jak może przepędzić złego czarnoksiężnika czy kto tam najechał jej krainę... Hmm... Zagada go, wyprowadzi w pole, okaże się sprytniejsza? To wcale nie jest łatwe :) W realnym życiu nie mam wątpliwości, iż mężczyzna i kobieta mogą być równymi partnerami (o ile nie dochodzi do użycia siły fizycznej), ale jak przekazać to w wersji dla dzieci?

Chyba będę musiała skonsultować się z moim Skrzatem, w końcu zwykle razem opowiadamy sobie z nim bajki. On zapewne poradzi jej zbudować rakietę albo wykopać odpowiednio głęboką pułapkę, może więc lepiej zapytam którejś z jego koleżanek, dzieci są bardzo kreatywne.

Pozostaje problem księcia. Bo nie chciałabym, aby tak zupełnie z bajki zniknął, nie zamierzam promować aż tak nowoczesnych trendów i księżniczki-singla, nie chciałabym też kończyć słowami "i żyli długo i szczęśliwie", ten aspekt niech pozostanie może otwarty. Jakoś... powinni zacząć współpracować, może wtedy uda im się pokonać wroga? Och, jeszcze tyle do przemyślenia :)

Nie jest łatwo układać bajki "feministycznie-poprawne" :) A może to tylko te dla chłopców są prostsze, w nich mam już wprawę...









środa, 12 czerwca 2013

Każde pytanie zasługuje na odpowiedź (trudne pytania, cz. 2).


- Mamaaaa...

- Słucham?

- A co jest w środku osy?


- Mamaaaaaa...

- Tak?

- A czy helikopter musi zatrzymać się na czerwonym świetle?


- Mamaaaa...

- Słucham?

- A co robią małe koala?

- Jak wszystkie maluchy, przytulają się do swoich mam.

- I do tat!


- Mamaaaaa, a co się stanie jak woda przestanie się ruszać?

- ???


- Mamaaa...

- Tak?

- A jak się ROBI dzieci?


- Mamaaa...

- Słucham?

- A skąd się biorą mumie?


- Mamaaa...

- Tak?

- A jak podrosnę, to ty dalej będziesz?



niedziela, 9 czerwca 2013

Historia o życiu...


Parę dni temu siedziałam dziś na ławce słuchając smutnej historii o życiu. Dookoła biegały rozkrzyczane, radosne dzieci, słońce wreszcie przypomniało sobie, że jest wiosna, i zalewało ziemię promiennym ciepłem.

Kiedy się nie odwraca wzroku od siedzących obok ludzi, można usłyszeć wiele historii. Znaczna ich część jest smutna.

Żal z powodu utraconych szans i kończącego się już czasu, życia, które minęło nie tak, jak powinno. Rozgoryczenie, kiedy zainwestowana w dzieci miłość nie została zwrócona. Bezsilność wobec choroby, stopniowo odbierającej wszystko. Ból, fizyczny i ten w sercu. Rezygnacja, kiedy nie można już pomóc, złość, która przeczy temu, co powinno być. Obawa o niepewny los tych najmłodszych, zmuszająca by dalej żyć, chociaż nie widać nadziei na jakąkolwiek zmianę.

Przygryzałam wargę tłumiąc cisnące się uwagi, przecież teraz już nie miało znaczenia, że niektóre sprawy można było załatwić inaczej, a jednocześnie bezskutecznie szukałam jakiegoś rozwiązania, narzędzi, jakie mogłabym podsunąć. Rozumiem, kiedy ktoś potrzebuje być wysłuchany i nieco nagina rzeczywistość, nie mogę jednak kwestionować cierpienia, skoro co dzień widzę, z jakim wysiłkiem się porusza...

Czy ta rozmowa mnie czegoś nauczyła? Nie sądzę... Na pewno jednak jutro, gdy się ukłonię tej osobie, w moim żołądku zaciąży świadomość, pamięć tego aż zbyt szczerego wyznania. Więc może jednak coś z tego wyniosłam? Po raz kolejny przekonałam się, jak niewiele wiemy o ludziach tuż obok, nie zastanawiamy się nawet, że za formalnymi, grzecznościowymi uśmiechami może kryć się kolejna smutna historia. Nic romantycznego, nie rozdzierająca serce tragedia czy poruszająca trauma, lecz szary znój, nudny, nieciekawy i tak ciężki, że u kresu drogi zupełnie już brakuje sił czy nadziei.






czwartek, 6 czerwca 2013

Zbyt wiele chmur


Uwielbiam obu moich chłopaków, ale czasem marzę o tym, by przez jakiś czas pomieszkać sama. Sprzątnęłabym, poodkładała wszystko na miejsce i rozkoszowała się ciszą. Tydzień, miesiąc?

Dziś wyjątkowo wszystko mnie drażni, irytuje, wkurza, wytrąca z równowagi i nawet świadomość, dlaczego tak się dzieje, niczego nie zmienia.



Życie nigdy nie jest pasmem szczęśliwości, każdy nosi w sobie jakieś troski, frustracje. Czasem... skupia się ich więcej, nowe nawarstwiają się na te stare. 

Żal. Bezsilność. Rezygnacja, gdyż nawet specjaliści nie wiedzą, co zrobić. Już nawet nie smutek, ale złość, tylko nie wiadomo jeszcze, przeciw komu... I zazdrość, która coraz częściej wymyka się spod kontroli, niepostrzeżenie ściąga ciemne, złe myśli, których nie chcę. Chowam się, uciekam, próbuję zapełnić głowę czymś innym. 

A życie toczy się dalej.






Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...