środa, 19 grudnia 2012

Granice tolerancji.


Staram się pamiętać, że każda kultura ma jest inna i w większości przypadków komuś patrzącemu z zewnątrz  tylko się wydaje, że te odległe zwyczaje są szokujące. Dla kogoś, kto wyrastał w danym miejscu, zazwyczaj tradycja czy nakazy wiary są tak oczywiste, iż do głowy by mu nie przyszedł pomysł na inne życie. Arogancją byłoby myśleć, że to my, Europejczycy, niesiemy "kaganek oświaty", a ucząc wspaniałych zdobyczy kulturowych i moralnych zachodniej cywilizacji uszczęśliwiamy resztę świata. Arogancją i głupotą, dowodem na wyjątkowo ograniczone horyzonty.

Niemniej jednak... Są takie sytuacje, których nie można usprawiedliwiać odmiennością kulturową, tolerancja nie ma tu nic do rzeczy. Zawsze, gdy czytam o sytuacji kobiet w Iranie, Afganistanie czy innych muzułmańskich krajach regionu, skóra mi cierpnie.


Mogę narzekać na klimat czy aparat państwowy, lecz cieszę się, że urodziłam się w Europie.



poniedziałek, 17 grudnia 2012

What wives are for?


To nie są demotywatory. To autentyczne reklamy.

Po latach te obrazki bawią? Więcej można znaleźć tutaj. Dobrze, jeśli tylko bawią, chociaż całkiem często mam wrażenie, że te reklamy wcale nie mają 60 lat, lecz są nam bardzo współczesne. Zmieniła się może estetyka, lecz... Myślę, iż niektórym (p)osłom marzyłby się powrót do tamtych czasów.







Pozwolę sobie przytoczyć komentarz autorów zestawienia:

"Internetowy magazyn Business Pundit przygotował ranking 10 najbardziej seksistowskich reklam prasowych z XX wieku. Wszystkie ukazały się w latach 50-tych ubiegłego wieku. To czas przed rewolucją seksualną, jaka odbyła się w kolejnych dekadach. Seksizm w reklamach wówczas był nie tylko tolerowany, ale wręcz pożądany. Dziś taka reklama skazywałaby produkt na klęskę. Business Pundit nazywa te reklamy relikwiami minionej epoki, w której seksizm, rasizm i inne formy nietolerancji były powszechne. Ranking nie jest także jedynie przyczyną do śmiechu, ale także daje do myślenia, jak daleko zaszliśmy od tamtej pory – komentują autorzy opracowania."



Łatwo jest sprowadzać hasła głoszone przez feministki do propagowania wolnych (wyuzdanych, niemoralnych, deprawujących) związków czy aborcji, trudniej pamiętać, że bez ich determinacji rola kobiety wyglądałaby dziś nieco inaczej (sama nie uważam się za feministkę, choć niektóre z ich poglądów są mi bliskie). Zresztą przemiany społeczne są zbyt złożone, zależne od wielu grup i czynników, by można było wskazać tak po prostu na tych "dobrych" i "złych".

Tak na marginesie - ktoś kojarzy plakaty propagandowe z PRL-u? Dziś również śmieszą, chociaż one przynajmniej wydają się bardziej postępowe - głoszą równouprawnienie ;) I taki mały paradoks - popularne jest krytykowanie tamtej epoki, wytykanie jej błędów i traktowanie jako ciemnego okresu w naszej historii... A mimo to wtedy właśnie prawie nie było bezrobocia, kobietom przysługiwały płatne roczne (!) urlopy macierzyńskie, a dzieci mogły liczyć na ciepły posiłek - przynajmniej w szkole. Co z tego, że kazali się uczyć tych różnych śmiesznych haseł... Dzisiaj za to nadal są popularne konkursy na przodownika pracy, chociaż nikt ich już tak nie nazywa. Po prostu - trzeba harować, coraz dłużej i dłużej...


Zaprezentowałam mężowi moje nowe szpilki z 15-centrymetrowym obcasem (całe szczęście, że wzrostu to mu natura nie poskąpiła). Wyglądał na bardzo zadowolonego, choć nie wiem, czy buty nie były jedynie pretekstem do jego wyrażenia.

Nie można mieć wszystkiego, ale coś się od życia należy.

Przyrządziłam sobie grzańca (gdzie te czasy, gdy ogrzewało się go na kaloryferze lub w czajniku elektrycznym??), mogę usiąść do jakiejś przyjemnie rozpraszającej lektury...


niedziela, 16 grudnia 2012

O radykalizmie.


Sobotnią "kawę" tradycyjnie zaczęłam od lektury "WO" (można się czepiać sposobu, w jaki dobierane są tematy, zawsze jednak łatwiej mi przekartkować najpierw tę gazetę niż pozostałe, już mniej kolorowe). Moją uwagę przyciągnęły wypowiedzi dziewczyn, zwolenniczek radykalnej prawicy (zajawka tutaj).

Zawsze starałam się podchodzić do opinii innych z uwagą, wysłuchać, kierować się tolerancją. Mimo to czytając wypowiedzi tych młodych kobiet, szczególnie jednej z nich ("Wiem, że mam radykalne poglądy. A jeśli się mylę? Nie, jestem pewna, że się nie mylę.", "Feministka w ogóle kojarzy mi się tylko z legalizacją aborcji, nic więcej.", "Jestem przeciwna wszelkim formom przemocy czy dewastacji, jednak jeśli ktoś jest na tyle odważny, że staje naprzeciwko nas, to musi się liczyć, że nie pozostaniemy bierni.", "Nawet z lesbijką podyskutowałabym przy piwie, chociaż pewnie nie zaufałabym takiej osobie."). Może dlatego, że będąc od nich starsza o dekadę nie jestem już idealistką, może dlatego, że zawsze niepokoi mnie bezkrytyczna wiara w ideologię, brak szerszego spojrzenia - zarówno w ujęciu ludzkim, społecznym, jak i historycznym. Bo raczej nie chodzi o to, że zawsze było mi bliżej do poglądów lewicowych (nie, żebym i tych stronnictw nie krytykowała)...

Cieszę się, że są (młodzi!) ludzie, którzy chcą coś zrobić dla tego kraju.
Martwi mnie, iż ich radykalizm i agresja. Historia uczy, aby być ostrożnym.

Dla mnie to nie ojczyzna jest wartością nadrzędną, lecz człowiek. Wolność osobista każdego z nas ograniczona jest wolnością innych. 

"W nacjonalizmie trzeba poświęcić jednostki, które są przeciwne. Nie odbieram nikomu prawa do życia, ale jestem przeciwna niektórym grupom i liczę, że sprowadzimy je do marginesu."

Mam w pamięci taką myśl Karla Rahnera, iż tolerancja to gotowość przyznania przedstawicielowi innego światopoglądu tej samej dozy inteligencji i dobrej woli, co sobie. Cóż, wychodzi na to, że w odniesieniu do przytoczonej akapit wyżej wypowiedzi tolerancyjna to ja nie jestem.






Są takie dni, że bardzo bym chciała rzucić wszystko i uciec jak najdalej... Siedziałam dziś z ręką na telefonie zastanawiając się, czy dzwonić już po pogotowie czy jeszcze nie :/ Boję się, przychodzą chwile, gdy ciężko sobie z tym poradzić. Ale nie ma nikogo, kto by mnie zastąpił, więc muszę jakoś dawać radę :/


środa, 12 grudnia 2012

"Anna Karenina"


Korzystając z okazji, by wymknąć się z mężem do kina, obejrzeliśmy "Annę Kareninę" - film, który obiecywałam sobie, od kiedy usłyszałam o tej ekranizacji.

Samą książkę pokochałam, już kiedy czytałam ją po raz pierwszy wiele, wiele lat temu. W ogóle mam sentyment do XIXwiecznych pisarzy rosyjskich. Przyznaję, że przez pierwsze minuty filmu nie potrafiłam pogodzić się z umieszczeniem akcji w teatrze oraz chwilami wręcz groteskowymi scenami. Potem jednak... doszłam do wniosku, że dzięki temu reżyserowi udało się przedstawić więcej niż mógłby w "normalnej" scenografii. Te wszystkie przerysowane obrazy, teatralne gesty podkreślają to, czego aktorzy nie mogliby wypowiedzieć. Bogactwo, jakiego nierzadko brakuje w ekranizacjach.

Tołstoj zachwycił mnie bogactwem treści przy stosunkowo niewielkiej ilości słów wypowiadanych przez bohaterów. W tym filmie dało się to odczuć. Perfekcyjna pod tym względem była chociażby ta milcząca rozmowa między Lewinem a Kitty. Gra świateł, piękne, niezwykle malownicze zdjęcia, wyrazista symbolika, różnorodność form przekazu czy gestów - to wszystko robiło wrażenie.

Co mi się zdecydowanie nie podobało, to sprowadzenie całości do romansu, dramatu. Nie przypominam sobie, by Karenin aż tak przeżywał zdradę żony, by Wroński był aż tak oddany, a Anna - tak płocha. Być może dzięki takiej interpretacji reżysera, uproszczeniom oraz znacznemu wyolbrzymieniu emocji, przekaz stał się bardziej czytelny dla współczesnego widza, ale też - moim zdaniem - wiele stracił z bogactwa i głębi oryginału. Pod tym względem niewiele pozostało z niezwykłej analizy ludzkiej duszy, jaką snuł Tołstoj. Wątek Lewina i jego przemyślenia przy sianokosach był niedopracowany, niezrozumiały dla kogoś, kto nie czytał książki, Kitty w stosunku do pierwowzoru wydała mi się zbyt zmienna w swoich uczuciach, zabrakło wzmianki o drodze, jaką przeszła. Trochę szkoda...

Zaimponowała mi gra, jaką zaprezentował Jude Law - trudna rola, a chociaż znacznie odbiegała od mojej wizji tej postaci, zasługuje na uznanie. Keira Knightley z kolei jest moim zdaniem piękną kobietą, wygląda perfekcyjnie nawet bez makijażu i dawała z siebie wszystko, by pokazać dramat Anny. Mimo to... Zupełnie mi tutaj nie pasowała :) Annę Kareninę wyobrażałam sobie zawsze jako bardziej dojrzałą kobietę, kogoś w typie urody Anny Dymnej. Dobre wrażenie robiły role Stiwy i Dolly, czy też hrabiny Wrońskiej.

Abstrahując od moich zastrzeżeń - zdecydowanie polecam ten film, sama z przyjemnością obejrzę go jeszcze nie raz. Chociażby dla samej przyjemności podziwiania pięknych obrazów czy ślicznej Keiry :) Byłam zaskoczona, że mojemu mężowi ekranizacja również bardzo się spodobała - to chyba najlepsze podsumowanie :)







Tak zupełnie na marginesie - podoba mi się dzisiejsza data.

12.12.12.




wtorek, 11 grudnia 2012

Koniec części pierwszej "Alpine"!!!


Skończyłam rozsyłać powiadomienia, mogę "udać się na zasłużony odpoczynek" :) Planuję nieco dłuższy, gdyż ostatnio prawie każdy wieczór spędzałam na "Alpine", pisanie szło mi coraz oporniej i zaczęłam tracić chęci do tego czy jakiegokolwiek innego opowiadania. Za dużo innych spraw mam na głowie, potrzebuję przerwy.

Bez obaw jednak, druga część na pewno powstanie.

Przede wszystkim chciałam raz jeszcze gorąco podziękować za Wasze wsparcie :) Zdecydowanie nie potrafiłabym tworzyć tylko "do szuflady", to komentarze, jakie zostawiałyście pod każdym kolejnym rozdziałem, motywowały mnie, aby pisać dalej, rozdział za rozdziałem, aby się starać. Jak każdy mam swoje chwile słabości, wciąż brakuje mi czasu na to wszystko, czym chciałabym (tudzież powinnam) się zająć, i nierzadko zdarzają się momenty kompletnego zwątpienia.

Dzięki Waszym słowom wiem, że są osoby, które czekają na ciąg dalszy tej historii, a ja nie chciałabym ich zawieść!!

A samo "Alpine"... Kiedy pisałam "Bandytę" po głowie zaczął mi się snuć plan powrotu do świata, podobnego do MSAP, w którym pojawiają się moce nadprzyrodzone. Drugim założeniem było wykreowanie bardziej niż dotychczas złożonych czy przynajmniej niejednoznacznych bohaterów. Moja początkowa wizja wyglądała oczywiście zupełnie inaczej niż efekt końcowy, magia miała być obecna w bardziej bezpośredniej formie, a postaciom - przypisane nieco inne role. Pierwotnie Callie/Bella miała trafić do Alpine w poszukiwaniu zaginionej parę miesięcy temu przyjaciółki, Marisa miała mieć na imię Tanya, a Riley - James; dla Gabriela/Emmetta przewidywałam rolę dziennikarza... To tylko parę spośród tych pierwszych pomysłów. Przyzwyczaiłam się już, iż zwykle w trakcie pisania fabuła wymyka mi się spod kontroli, pojawiają się nowe wątki, a postaci zaczynają działać na własną rękę zupełnie nie słuchając się moich poleceń.

Sprawiło mi ogromną satysfakcję (jestem okropna, wiem...), kiedy po Waszych słowach widziałam, że długo udawało mi się utrzymywać atmosferę tajemniczości, że moi bohaterowie wzbudzali tak sprzeczne uczucia (szczególnie Patrick/Jasper - jak zawsze mój ulubieniec). Co tu dużo mówić - lubię w ten sposób mącić, uwielbiam podrzucać Wam zagadki oraz fałszywe tropy.  

Liczba stron zdecydowanie przekroczyła tą zakładaną, ale skoro nikt za głośno nie protestował... Zawsze kiedy zaczynam pisać, martwię się, czy uda mi się napisać chociaż te 200-300 stron ;)

Bawiłam się dobrze kreując ten świat, nawet jeśli w pewnym momencie atmosfera zaczęła mnie zbyt przytłaczać. Postaram się, aby w drugiej części panował choć trochę lżejszy nastrój, choć będzie z pewnością i trochę poważnych czy wręcz dramatycznych sytuacji. Z chwilą, gdy zdecydowałam się na pisanie kontynuacji, wiedziałam, iż zakończenie pierwszego tomu będzie irytujące. Dla załagodzenia protestów mogę po cichu zdradzić, że nigdy nie przepadałam za historiami, w których główna para bohaterów zostaje na długo rozdzielona. Mam inny pomysł, nie będzie długiego wystawania w oknie ze łzami tęsknoty, pojawią się za to nowe postaci.

Do zobaczenia w Mason City, w Iowa :)


czwartek, 6 grudnia 2012

Postulat


Dobra, ja się już nasyciłam zimy, na tn sezon mi wystarczy.

A teraz proszę przełączyć na program wiosna. Nie mam nic przeciwko Świętom w krótkim rękawku czy Sylwestrowi w sandałkach. Byle nie trzeba było nosić na sobie tyle grubych warstw ubrań.

Proszę.

Bardzo ładnie prooooszę!!



Cytat, który ostatnio wpadł mi w ucho:

"Wyobraźnia bez wie­dzy może stworzyć rzeczy piękne. Wie­dza bez wyob­raźni naj­wyżej dos­ko­nałe."
A. Einstein




- Myszko, dostałeś tą paczkę od Mikołaja? Odwiedził was w przedszkolu?

- Tak, mama, ale wiesz? To nie był ten prawdziwy. To tylko pan Edmund się przebrał.

wtorek, 4 grudnia 2012

O (nie)równościach i (nie)sprawiedliwości.


Nie potrzeba TAKICH alarmujących artykułów, żeby wiedzieć, iż na rynku pracy źle się dzieje - pracy jest mało, coraz trudniej trafić na taką, w której od razu dostanie się umowę na czas nieokreślony i nie będzie trzeba zostawać po godzinach. W takich warunkach trudno planować przyszłość.

Jak to się porobiło?

Miejsc pracy jest mniej, bezrobocie wzrosło, realne pensje się zmniejszyły. Powiększa się przepaść między najbogatszymi i najbiedniejszymi (zdaniem niektórych teoretyków stan ekonomicznej równości społeczeństwa jest czymś sztucznym). Tę samą pracę wykonuje mniejsza liczba pracowników niż jeszcze niedawno.

Solidarność społeczna? Dzielenie się z innymi? To hasła nieaktualne w dobie kryzysu. Poza nielicznymi wyjątkami, zasługującymi na medale, znakomita większość społeczeństwa podąża za instynktem i stara się chronić swój stan posiadania (albo po prostu - przetrwać) tudzież kombinować, aby go zwiększyć. 

Młodym ludziom, którzy dopiero kończą studia, znaleźć pracę jest trudniej niż jeszcze parę lat temu. Potrzeba dużo szczęścia, samozaparcia i energii włożonej w zdobycie dodatkowych kwalifikacji, a i tak nie zawsze się to udaje. Równie sfrustrowani mogą być ci starsi, tracący pracę (i jakąkolwiek szansę na znalezienie nowej) tuż przed emeryturą. Ludzie schorowani, którzy po przepracowaniu wielu, wielu lat, kiedy uczciwie płacili haracz państwu, a teraz nie mają z czego żyć. Pracownik, który nie może przyjąć od szefa 100 złotych podwyżki, gdyż wówczas utraci prawo do zasiłku rodzinnego.

To nie jest sprawiedliwe, a póki co nie widać zmian na horyzoncie.

I tak się zastanawiam, czy ta oczekiwana "sprawiedliwość" nie jest aby kolejnym modnym hasłem, tworem naszych czasów, gdy zapomnieliśmy już o tym, że człowiek jest drapieżnikiem, że w naszej historii zawsze była stosunkowo wąska grupa uprzywilejowanych oraz szerokie rzesze tych, którym wiatr zawsze w oczy...



Na zakończenie coś bardziej pozytywnego... Kalendarz dla kobiet? Może taki

W pracy, w naszym "damskim" pokoju, mamy na ścianach wspaniałe fotografie kobiet, dzieła same w sobie. Nie wątpię, że podobną satysfakcję dałyby nam estetyczne zdjęcia męskich modeli - tylko wtedy panowie nie zerkaliby na nie już tak chętnie ;)



poniedziałek, 3 grudnia 2012

Razem czy osobno, cz. 2


Tak się jeszcze zastanawiałam nad postem sprzed paru dni...

Kiedyś kobiety i mężczyźni bardziej potrzebowali siebie nawzajem, rozwijali te cechy, które pozwalały im się uzupełniać - siła mięśni, broniących przed zagrożeniami z zewnątrz kontra ciepło, troskliwość, dbałość o domowe ognisko. Przez wieki te role nieznacznie się zmieniały, wciąż jednak kobiety pozostawały jako te (fizycznie?) słabsze zależne od mężczyzn. Zazwyczaj bawią mnie hasła głoszone przez rasowe feministki, szczególnie te ich pierwsze żądania, trzeba jednak przyznać, że to te pozornie nieistotne zmiany, jak założenie przez kobiety spodni (suknie, szczególnie te szerokie, strojne, są wspaniałe, lecz zdecydowanie ograniczają możliwości) oraz wynalezienie pigułki antykoncepcyjnej (a tym samym możliwość pewnego planowania przyszłości), pozwoliły wyrwać się spod tej kurateli. 

Wszyscy znamy historię XX wieku, kolejne zmiany - prawa wyborcze dla kobiet, edukacja, etc. Dziś to dla nas oczywiste, lecz przecież nadal najważniejsze stanowiska piastują mężczyźni. O paniach, które wspięły się wysoko, mówi się jak o bohaterkach. Dlaczego? Czy to nie powinno być już normą?

Czytałam kiedyś, że kobiety na stanowiskach kierowniczych oznaczają dla firm wymierne korzyści finansowe - panie są mniej skłonne do podejmowania ryzykownych działań, lepiej prowadzą negocjacje, budują stosunki na zasadzie współpracy, nie konkurencji. Hmm... Musi chyba jednak upłynąć trochę czasu, zanim ta wiedza dotrze do świadomości tych na górze.

Może wtedy, kiedy medycyna pozwoli mężczyznom zachodzić w ciążę? Obawiam się jednak, że taki krok oznaczałby radykalne zmniejszenie się populacji - panowie nie byliby tacy chętni...

Wracając jednak do głównego wątku - dziś siła fizyczna nie ma już takiego znaczenia, a kobiety - coraz lepiej wykształcone i świadome tego, czego chcą, nie potrzebują już mężczyzn jako obrońców. Partnerstwo dla przyjemności, wspólnych korzyści, miłości? Moim zdaniem wciąż jesteśmy w okresie przejściowym, gdy stare role straciły już znaczenie, a nowe jeszcze się nie wyklarowały. Brak jest jasnych wzorców przy wszechobecnej plastikowej propagandzie popkultury, finansowa niezależność oraz powszechne przekonanie o prawie do dążenia do własnego szczęścia - każe szukać go na własną rękę. A to oznacza coraz więcej singli, nieformalnych związków, rozwodów... 

Nie oceniam, obserwuję, jestem ciekawa, dokąd to nas zaprowadzi.

Czy człowiek jest stworzeniem stadnym? Czego tak naprawdę potrzebuje, jeśli ma wolny wybór?

I oczywiście jestem w pełni świadoma, że mój wywód to znaczne uproszczenie ;)




Brawa dla TYCH pań :) Cieszę się, że mają zapał i odwagę :) Nawet, jeśli naszym panom niekoniecznie będzie się to podobać :)


sobota, 1 grudnia 2012

Suplementy


Ostatni ciągle brakuje mi sił, wieczorami tylko snuję się po kątach, a przecież moja aktywność fizyczna o tej porze roku zdecydowanie spada. Ostatnio przy okazji zakupów w apteko-drogerii zatrzymałam się przed ogromnym, kolorowym regałem z suplementami, których opakowania obiecują cuda.

Nieee... Zawsze byłam i nadal jestem nieufna.

I tak na co dzień już łykam dolomit, bo to dobry wapń i magnez, kwas foliowy, z przyzwyczajenia, oraz tabletki z wyciągiem ze skrzypu polnego, bo paznokciom dobrze byłoby pomóc. To i tak już za dużo chemii jak dla mnie.

Witamin i siły poszukam gdzie indziej.

Niepokoją mnie natomiast coraz częstsze sygnały o tym, że wiele suplementów nie spełnia norm, a ich stosowanie może być wręcz szkodliwe dla zdrowia (szczególnie w połączeniu z innymi lekami). Sprzedaż można wszystko, firmy farmaceutyczne ostro walczą o rynek obiecując cuda, ludzie natomiast... Można powiedzieć, że sami są sobie winni, jeśli w te cuda wierzą. Te zgłoszone produkty można sprawdzić na stronie Głównego Inspektoratu Sanitarnego (tutaj), to jednak nie gwarantuje ich skuteczności.

Zawsze byłam przekonana, że dobrym, naturalnym środkiem jest tran. Niedawno znajoma zaskoczyła mnie wyśmiewając to oświadczenie. Jej zdaniem Norwedzy hodują łososie w warunkach, które nie mają nic wspólnego z naturalnymi i taki tran nie jest za wiele wart (wiem, że miała podstawy, aby wydawać sądy). Ona sama polecała olej cedrowy, a kiedy wreszcie udało mi się dotrzeć do sklepu, gdzie takowy oferowali, sprzedawczyni zrobiła wielkie oczy...

Pozostaje nie popadać w skrajności i polegać na zdrowym rozsądku. Własnym.




czwartek, 29 listopada 2012

Razem czy osobno?


Jeszcze niedawno mówiło się, że w nowoczesnych związkach partnerzy dzielą się obowiązkami, dzięki czemu lepiej im się ze sobą żyje. Dzisiaj czytam (tutaj), iż to wcale nie gwarantuje szczęśliwego pożycia, rozstania w takich parach trafiają się częściej niż tam, gdzie na kobiecie spoczywa większość obowiązków.

Ja zatem brzmi recepta na doskonały związek?

Czy też może ludzie stali się zbyt zabiegani, zbyt egoistyczni, skupieni na sobie, by podzielić się życiem oraz wszystkim, co ono ze sobą niesie, z drugą osobą? Bo przecież związek - stały, długotrwały - to nie tylko przyjemności. wszystkie badania zgodnie wskazują na spadek ilości zawieranych małżeństw, a wzrost- rozwodów.

Czytałam niedawno ciekawą uwagę, że przydałby się kurs - "jak być z drugą osobą" - bo tego coraz trudniej się nauczyć, kiedy zaczyna na co dzień brakować właściwych wzorców. 

Ale może to moje myślenie zmierza w niewłaściwym kierunku? Może w przyszłości ludzie będą wybierali przede wszystkim niezależność, rozumianą jako brak stałego związku, brak zobowiązań, wygodę.

Trudno mi to sobie wyobrazić, żeby to właśnie miało być lepszym rozwiązaniem... ale zawsze starałam się być tolerancyjna. Zobaczymy, co przyniesie przyszłość.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...