wtorek, 17 kwietnia 2012

Niebieskie

 Pora wrócić do życia.

Od jakiegoś czasu chodzi za mną nowy pomysł, na razie co prawda tylko bardzo niejasny zarys, stopniowo jednak zagnieżdża się w mojej głowie, zmuszając, abym dokładała do niego kolorów i kształtów.

Zaczęło się od pewnej dyskusji :) na chomiku, dlaczego to w większości (wszystkich?) romansów to raczej kobieta podąża za mężczyzną, pozwala (hmm...) się uwodzić czy zaintrygować. Wiem, że czytałam przynajmniej jedną książkę, w której sytuacja była odwrotna (nie, tym razem nie o "Lalkę" mi chodzi), nijak jednak nie potrafię sobie przypomnieć tytułu. W każdym razie - stało się to dla mnie pewnym wyzwaniem.

I tak sobie myślę...

Główny bohater będzie... w pełni normalny. Miły facet, wesoły, towarzyski, ale i zajęty pracą, być może również ciężko chorą, młodszą siostrą. Niespodziewanie w jego życiu pojawi się... tajemnicza kobieta. Poprawka - dwie kobiety, na pierwszy rzut oka różniące się jak dzień i noc. Hmm... Dalej chyba nie powinnam już niczego zdradzać. 

Jeśli zdecyduję się to pisać, chciałabym się skupić przede wszystkim na wersji "autorskiej", z nie-sagowymi już imionami, tak, żeby nie narzucać sobie żadnych ograniczeń. Jeśli... jeśli zdecyduję się dodać do tego jednak wersję ff, będzie ona "wtórna" i z całą pewnością nie zdradzę, która z tych dwóch kobiet miałaby być B. Dopiero na końcu, inaczej nie byłoby tej całej zabawy z matactwami.



Sam pomysł pojawił się już dość dawno temu, nie potrafiłam jednak zdecydować się na realia, w jakich osadzić akcję. Takie zupełnie "normalne", współczesne, stosunkowo łatwo się opisuje, lecz mnie osobiście trochę one nużą. Mogłoby to być opowiadanie w epokowej scenografii - nie wiem jednak, czy potrafiłabym się oprzeć pokusie ciągłego opisywania bali, konnych przejażdżek i historia szybko zmieniłaby się w kicz. A ponieważ zawsze uwielbiałam fantasy, postanowiłam spróbować (znów?) w tym kierunku.

Gdyby tak przyjąć, że... mimo całej naszej wiedzy nadal nic nie wiemy o otaczającym nas świecie? 

Z biegiem wieków większość ludzi zdecydowała się na którąś z wielkich, monoteistycznych religii, przyjmujących klarowny i sprawiedliwy podział na dobro oraz zło. Taki podział porządkował świat dookoła, upraszczał życie i pozwalał łatwiej się poruszać między ludźmi. Co jednak, jeśli to założenie miałoby okazać się błędne? Jeśli rację mieli nasi przodkowie, składający hołd prymitywnym bóstwom, nie będącym ani dobrymi ani złymi, lecz przypominającymi raczej siły natury, odwieczne elementy towarzyszące temu światu od samych narodzin? Być może dawniej, kiedy ludzkość nie dysponowała jeszcze "szkiełkiem" ani tym bardziej nie mogła zajrzeć w google, dostrzegała więcej, rozumiała złożoność wszystkich spraw? Być może pozostał jeszcze jakiś ślad tamtych prawd w dziecięcych bajkach, w starych baśniach szeptanych do poduszki... 

Bez obaw, nie zamierzam wprowadzać do opowiadania ani Zeusa ani Odyna, mam nadzieję, że będę potrafiła to subtelniej w świat, jaki znamy...



Jeśli... jeśli... jeśli będę to pisać, czeka mnie jeszcze sporo pracy. Nie tylko znalezienie odpowiedzi na kluczowe pytania, naszkicowanie fabuły, ale i pozbieranie materiałów. Czas sięgnąć do starych notatek z archeologii czy dawnych wierzeń, poszperać w bibliotece. Na półce już stoi leksykon legend i mitów, słownik symboli - zapowiada się niezła zabawa w interdyscyplinarne poszukiwania :)

Jeśli się zdecydują.

Póki co czeka mnie jeszcze ładnych parę miesięcy pracy nad Alpine. Nie potrafię nawet określić, czy dotarłam już z pierwszą częścią do połowy, nie mam ochoty dzielić tego na rozdziały - zauważyłam, że lepiej mi się pisze, kiedy się nie ograniczam w ten sposób. A w głowie coraz wyraźniej rysuje się część druga. Nie wspominając już, że kiedyś w końcu chciałabym przeprowadzić gruntowną korektę MSAP, "skonwertować" to na WA...

Doba zawsze będzie za krótka na te wszystkie pomysły...



piątek, 13 kwietnia 2012

Bałagan


Straty materialne są przykre, szczególnie, że ubezpieczenie nigdy nie pokrywa całości. Znacznie gorsze jednak są straty niematerialne - pamiątek nie da się odkupić.

Do tego dochodzi poczucie zagrożenia - oczywiście wiedziałam, że mieszkanie na parterze nie może być bezpieczne, do tej pory jednak... mimo wszystko czułam się w nim pewnie. Teraz pomimo dodatkowych zabezpieczeń niepokojem napawa mnie myśl o tym, iż wychodzę do pracy znów zostawiając moje gniazdko na czyjś łup. Owszem, statystyki policyjne sugerują, iż przestępcy nie wracają w to samo miejsce, raczej nie wracają, niepokój jednak jest, właściwie to nawet strach, który łatwo może przerodzić się w paranoję, niepozwalającą zrelaksować się szczególnie podczas dłuższego urlopu...

Nie mogę się też pozbyć mdlącej świadomości, że ktoś wdarł się do naszego mieszkania, szperał w naszych najbardziej osobistych rzeczach, brukając miejsce, które mało komu pokazuję. Zabrał sprzęt, na którym były nasze filmy rodzinne, zdjęcia, moje osobiste notatki czy maile. Kiedy pomyślę, że może sobie to teraz przeglądać... Kiedy pomyślę, że może to być ktoś, kogo co dzień niemal mijam na ulicy, kto być może mieszka w bloku naprzeciwko...

Złość na przemian z bezradnością, strach oraz poczucie upokorzenia...

Choć tyle, że przynajmniej aparat miałam tego dnia przy sobie. Na myśl o tym, by zabrać się za odtwarzanie tego, czego nie zdążyłam zarchiwizować i w konsekwencji utraciłam, ogarnia mnie niechęć. 

Szczęście, że nikomu fizycznie nie stała się krzywda, teraz jeszcze trzeba się uporać z tymi wszystkimi nieprzyjemnymi uczuciami... Życie toczy się dalej, u Skrzata w najlepsze rozwija się ospa wietrzna, w pracy mam kolejne ważne szkolenia, a mąż walczy z kurierem, który uszkodził przesyłkę. I tylko mam nadzieję, że przed majowym wyjazdem zdążą nam wymienić drzwi.


Dziękuję za wszystkie ciepłe słowa. Odpiszę, tylko nie teraz.


wtorek, 10 kwietnia 2012

I d... :/

Mieliśmy dziś włamanie do mieszkania. 

Skradziono parę rzeczy, m.in. komputer, kamerę, trochę biżuterii, która miała dla mnie przede wszystkim wartość sentymentalną, jak pierścionek zaręczynowy czy pamiątki od babci. Przede wszystkim jednak powyrzucano nam wszystko z szafek, w poszukiwaniu czegoś cennego - urządzono totalną demolkę... 

Wciąż trzęsą mi się ręce na myśl o tym, że ktoś dziś łaził po naszym mieszkaniu, kiedy byliśmy w pracy - grzebał w moich drobiazgach, nic nie wartych, ale dla mnie ważnych. Porozrzucane dokumenty, bielizna, rozgrzebane miejsce, w którym dotychczas czułam się bezpiecznie.

sobota, 7 kwietnia 2012

O edycji zdjęć



Świąteczny błogi czas, być może wypadałoby napisać coś nastrojowego, coś o szalonym tempie czy też sprawach ważnych... ale nie mam na to ochoty. 

Ponieważ pogoda nie dopisuje ostatnio, a mi trafiła się seria wyjątkowo bladych zdjęć, zdecydowałam się pokazać, na ile ingeruję w moje fotografie, zanim je gdziekolwiek udostępnię. Praktycznie wszystkie zdjęcia, jakie tu wklejam, są poddawane obróbce, czasem jet to tylko subtelne muśnięcie krzywej jasności, czasem poprawienie ostrości, rzadko jednak zostawiam je całkiem tak, jak z aparatu.

Uważam się za amatora, po prostu lubię... łapać te obrazki, które na co dzień podziwiam dookoła. Na przykład w piątek, gdy jechałam do pracy, bardzo żałowałam, iż: a) nie miałam przy sobie aparatu (trochę za ciężka ta moja cegła, żeby co dzień ją nosić), b) nie miałam czasu, aby wysiąść i zrobić choć kilka ujęć - nisko wiszące, poranne słońce oblewało złotem drzewa, których gałęzie pokrywały zarówno kwiaty, jak i szron. Ten widok był niepowtarzalny...

Moje Sony Alfa 100, mające już te parę lat i duuuużo zdjęć na liczniku, oferuje sporo opcji, lecz ja i tak najczęściej robię zdjęcia na "automacie" - to zwiększa szanse, że ustawienia będą prawidłowe, szczególnie, kiedy się spieszę (=prawie zawsze), kiedy obiekt ucieka, etc. Zresztą zwykle jest to wystarczające, drobiazgi zawsze można skorygować na etapie obróbki. 

Owszem, ktoś powie, że cała sztuka to zrobić takie zdjęcie, które nie będzie już wymagało edycji. Odpowiadam: ależ proszę bardzo, jestem amatorem, któremu to w zupełności wystarcza.

Czasem widząc podgląd poprawiam coś - a to drobne przesunięcie w ekspozycji (np - 0,7 EV, gdy ziemia wychodzi zbyt blado), a to niższa czułość (bo przy słabym świetle już na ISO 400 pojawia się ziarno), a to decyduję się na preselekcję przesłony, żeby zwiększyć głębię ostrości w lesie... Z w pełni manualnych ustawień korzystam naprawdę rzadko. No, chyba że najdzie mnie kaprys, aby usiąść w ogródku z pierścieniami makro - wtedy już nie mam wyboru, nie przenoszą sygnału i jestem skazana na tradycyjne ustawianie ostrości, ekspozycji, etc. Zwykle wtedy z kilkudziesięciu zdjęć znośnie ostre jest może jedno...



Moja najważniejsza zasada jednak brzmi: zdjęcia zawsze w formacie RAW.

Chociaż znacząco zmniejsza to ilość obrazków, jakie mieszczą się na karcie (na mojej 4 MB w formacie RAW mieści się zazwyczaj ok. 200, w formacie jpg za to - ponad 1000), chociaż spowalnia obróbkę - bo trzeba je najpierw konwertować do jpg, to i tak wolę RAW.

Ten format zapisuje więcej informacji, znacząco ułatwia jego edycję. Najprościej zresztą samemu to sprawdzić - jpg można edytować choćby w Photoshop czy nawet - otworzyć do edycji jako niby-RAW" w Bridge, ale i tak zmiany będą bardziej rzucać się w oczy.

Pisząc tu o zdjęciach mam na myśli przede wszystkim fotografię przyrody, krajobrazu, etc. Przy zdjęciach na potrzeby "kroniki rodzinnej", relacji z życia codziennego czy Świąt - rzadko bawię się w obróbkę.

Zazwyczaj konwertuję blokowo wszystkie zdjęcia (do konwertowania przy mojej wersji Sony służy - Image Data Converter SR, po trzech kliknięciach zajmuje się sam sobą), przeglądam je usuwając nieostre, nieudane, a następnie wybieram sobie te, które mi się spodobały, i im poświęcam odrobinę więcej czasu.

To są wszystko drobne, proste operacje: prawie zawsze zaczynam od suwaczka ostrości, zwiększając jego wartość o ok. 20 %. Inna opcja, którą wybieram w niemal każdym przypadku, to korekta ekspozycji. Czasem wystarczy przesunięcie tego prostego suwaczka, zmieniającego jasność na całym zdjęciu, częściej jednak korzystać z krzywej jasności - pozwalającą wybrać, czy chcę pogłębić cienie czy też dodać światła do tych jasnych fragmentów. Widać to też zresztą na zdjęciach powyżej - zmiany nie są drastyczne, ale przynajmniej dla mnie dodają zdjęciu głębi. Przy wyjątkowo kolorowych fotografiach letnich kwiatów niemal już odruchowo przeciągam środkową część krzywej lekko w dół - zwiększa to nasycenie barw w półcieniach (tj. na większości powierzchni).

Kolejne opcje wybieram w zależności od zdjęcia - poprawienie kontrastu, nasycenia, balansu bieli (zazwyczaj przez wykorzystanie zdefiniowanych już ustawień albo zmianę temperatury barw, czasem, bardzo rzadko, gdyż to wymaga większej zręczności, korzystam z krzywych pozwalających na modelowanie podstawowych baw; zresztą różne programy mogą mieć różne narzędzia). Przykład widać na zdjęciu niżej. Dzień, kiedy je robiłam, był wyjątkowo pochmurny, ręce drżały mi od zimnej mżawki, słońca ani śladu, a kolory zdawały się wyblakłe. Po edycji wygląda żywiej, ale zadowolona nie jestem, gdyż kolor trawy to mi nie wyszedł. Choć może też... wcale nie chciałabym oglądać na zdjęciu tego prawdziwego, wciąż jeszcze zeschniętego po zimie...

 
Aparat rejestruje kolory nieco inaczej niż ludzkie oko, przetwarza sobie dane o świetle według określonego wzoru. Jak dokładny jest ten wzór - zależy m.in. od klasy aparatu. Moim starym kompaktem udawało mi się zrobić całkiem ciekawe zdjęcia, jednakże teraz - nie chciałabym już do niego wracać, za bardzo pokochałam tą lustrzankę.

Ostatnie zdjęcie jest nieostre, było ciemno, wiatr poruszał gałązkami, a ja nie miałam już cierpliwości. Pokazuję je tylko jako jeszcze jeden przykład, jak można drobnymi zmianami nadać zdjęciu inne barwy. 

Większość tych korekt wprowadzam na etapie konwertowania z RAW do jpg, z Photoshopa korzystam tylko, aby dodać podpis i ramki. Czasem kadruję zdjęcia, czasem zdarza mi się coś z niego usunąć, jakiś psujący kompozycję przypadkowy skrawek.


piątek, 6 kwietnia 2012

Wesołych Świąt!!

Bez jajeczek, bez kurczaczków, za to bardzo serdecznie:

WESOŁYCH ŚWIĄT!!!








  

czwartek, 5 kwietnia 2012

Zimny kwiecień



Kora śpiewała kiedyś "zimny maj", póki co jednak mamy początek kwietnia, wydaje się być zimniej niż w marcu, szaro, buro i wręcz listopadowo. Całe szczęście, że przyroda uparcie forsuje swoje prawa i odwraca nieco uwagę od niezbyt przyjemnej pogody. A photshop działa cuda, dodaje do zdjęć słońce nawet, kiedy w rzeczywistości padał deszcz.

Kawałek na dziś: Eric Clapton "Tears In Heaven".




środa, 4 kwietnia 2012

(Święte) prawo własności


Prawo własności i jego ochrona to pojęcia znane już od starożytności, aczkolwiek... różnie przestrzegane. Współcześnie jednak jest to jeden z fundamentów państwa prawa. 

Z pewnością każdy spotkał się z czymś takim jak kamienice czynszowe - tak, to wciąż jeszcze funkcjonuje. Stara kamienica z mieszkańcami, którzy zajmują lokale już od dziesięcioleci, nie będąc jednak ich właścicielami. Nie zamierzam uogólniać, sytuacje są bardzo różne, nierzadko jednak się zdarza, iż czynsz najmu za te mieszkania (o powierzchni sięgającej często 80-100 metrów kw.) wynosi 300-400 zł. Związane jest to z długoletnimi umowami najmu, a także - ustawą o ochronie praw lokatorów, znacznie ograniczającą właścicielowi nieruchomości możliwość podnoszenia czynszu czy wypowiedzenia tych umów (w pewnych przypadkach wypowiedzenie jest praktycznie niemożliwe - jak to się ma do ochrony własności?).


I na tym tle coraz częściej dochodzi do konfliktów. Właściciel takiej nieruchomości chciałby na niej zarabiać - albo na czynszach (ale rynkowych!! nie śmiesznie niskich) albo sprzedając kamienicę. Inwestor z kolei najczęściej zainteresowany jest wysiedleniem mieszkańców, gruntownym remontem i zyskiem ze sprzedaży luksusowych apartamentów.

Rozumiem racje ludzi, mieszkających w jednym miejscu od zawsze, czasem i od wojny. W ich odczuciu kamienica jest ich domem, nie dopuszczają do siebie myśli, że właścicielem jest ktoś inny i może mieć on własne plany w stosunku do nieruchomości. Często są to osoby starsze, czasem bardzo schorowane - dla nich perspektywa przeprowadzki to niewyobrażalny koszmar. 

Ale też rozumiem drugą stronę - prawo do dysponowania swoją własnością. Dodatkowo jako wielka fanka zabytkowych kamienic zwykle błogosławię inwestycjom, które zmierzają do przywrócenia ich świetności - mamy tyle perełek, które bez nakładów, bez dużych pieniędzy - wkrótce bezpowrotnie się rozsypią.

Obowiązujące w Polsce przepisy sprawiają, że właściciele kamienic, sfrustrowani walką z lokatorami, gdy np. okres wypowiedzenia umów wynosi 3 lata (a odsetki od kredytu na zakup/remont biegną nieubłaganie...) albo wręcz rozwiązanie takiej umowy jest niemożliwe za życia lokatora, a on sam odrzuca hojne odstępne, sięgają po niehumanitarne metody opróżnienia kamienicy. Dochodzi do trudnych, niemal tragicznych sytuacji.

Czy możliwe jest jakieś "sprawiedliwe" rozwiązanie? Jak wyważyć przeciwstawne interesy stron? Jak mają się te stare umowy do realiów rynku, na ile powinny być chronione prawa nabyte, podczas gdy cała reszta najemców płaci słono? Właściciele mieszkań, chcąc uniknąć ograniczeń związanych ze wspomnianą przeze mnie ustawą, wynajmują na lewo, pogarszając sytuację tych najemców, którzy nie mają wyboru. 

Pieniądz nie powinien rządzić wszystkim, ale też pewne zasady powinny być przestrzegane.

Nie wiem, nie potrafię tego wyważyć.






Kawałek na dziś, tak zupełnie na przekór rzeczywistości: Eric Clapton "Wonderful Tonight".

Chwilami jestem po prostu przerażona - nie wiem, jak pomóc, mogę tylko bezsilnie patrzeć. Słowa już nie wystarczają, a wykorzystałam wszystkie możliwości działania... Boję się, a przecież powinnam być silna :/ O sobie... już tak rzadko myślę, nauczyłam się znosić ten ból bez skargi :/



czwartek, 29 marca 2012

Marzec się już kończy...


A z dnia na dzień coraz więcej kwiatów. Widziałam już nawet pokryte bielą drzewko :)
Zdjęcia wczorajsze i dzisiejsze.

W pracy sajgon, nic nowego. Może tyle, że znów znalazłam się pod obstrzałem choć tak bardzo starałam się o zachowanie rozejmu. I po raz kolejny ta wątpliwość - czy warto walczyć o godność czy też lepiej dla świętego spokoju.... wzruszyć ramionami i przełknąć obrazę? Starcie i tak nic by nie zmieniło, poza sporą dawką nerwów :/ I choć wszystko się we mnie buntuje...

Z głupotą sami bogowie walczyli nadaremno.

Dobrze, że jutro jest piątek. 

Kawałek na dziś: SDM "Bieszczadzkie anioły".








 

środa, 28 marca 2012

O bieganiu


Rozciągnięte i odrobinę przeciążone mięśnie bolą, ale to taki przyjemny rodzaj bólu. Nie lubię, kiedy kondycja po zima jest fatalna, a pokonanie własnej słabości, przynajmniej tej fizycznej, daje mi poczucie, iż mam tą namiastkę kontroli nad swoim życiem. Chociaż tyle mogę zrobić. A zawsze potem to dobre usprawiedliwienie, żeby zjeść tabliczkę czekolady (w celach rehabilitacyjno-profilaktycznych).

Las budzi się po zimie do życia, widzę coraz to nowe ślady. Chociaż ziemię wciąż jeszcze gęsto zaścielają ubiegłoroczne liście, tu i ówdzie rozbłysły żółte kwiaty, na gałązkach pojawiają się koronki młodych listków. Musiałabym przebiec się kawałek dalej do polanki z zawilcami, sprawdzić, czy już zakwitły... Chyba jeszcze za wcześnie?

Właśnie sobie uświadomiłam, że w niektóre dni... chętnie zapisałabym się na boks.

Zdjęcia sprzed dwóch, trzech dni, dzisiaj już kwiaty były zdecydowanie większe.



Marzec okazał się w tym roku wyjątkowo ciepły, chociaż suchy. Wolałabym, żeby popadało teraz, nie w kwietniu czy maju. A trochę deszczu jest potrzebne.

Już za miesiąc będziemy w drodze... w całkiem ciepłe miejsce :)


wtorek, 27 marca 2012

Kot zimowy / wiosenny


Zapracowana po same brzegi biurka, obolała po ostrej gimnastyce, sfrustrowana nierozwiązywalnymi sprawami, niewyspana po nocy czuwania przy bolących nóżkach. Żeby chociaż ten jutrzejszy dzień był taki, jak zapowiadają - ciepły i słoneczny.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...