środa, 10 lipca 2013

W moim ogrodzie...


Nazywać ten skrawek ziemi ogrodem to ogromna przesada... Ale i tak pochwalę się, co mi ostatnio urosło :) Aktualnie panuje tam kolorowy chaos, jesienią czy wczesną wiosną nie pamiętam, co dokładnie w danym miejscu rośnie, dosadzam więc wiele roślin przypadkowo, zgodnie z chwilowym natchnieniem. Ten bałagan mi nie przeszkadza, lubię takie nieuporządkowane ogrody. Mała rabata, kawałek trawnika... I tyle przyjemności z fotografowaniem :)

Zdjęcia zbierane na przeciągu ostatnich paru tygodni. 











Ozdobnych czosnków miałam w tym roku chyba z pięć odmian, niskie i wysokie, w różnych kolorach i rozmiarach. Te wielkie kule i tak były najbardziej efektowne...






Funkie to bardzo wdzięczne byliny - już od wiosny, gdy zaczynają puszczać jasnozielone liście, aż po te swoje delikatne dzwoneczki... Uwielbiam je :)




Rudbekie - chociaż jesienią je porozsadzałam - znów próbują zdominować inne rośliny. Szybko się rozrastają, a mi żal je przycinać... Tego na zdjęciu poniżej nie sadziłam, a przynajmniej nie przypominam sobie. Fajnie jednak wygląda, niech więc sobie rośnie.


W tym roku więcej eksperymentowałam z liliami. Nie wszystkie wzeszły, część zmarzła przez zimę. Wiosną dosadziłam jeszcze kilka kłączy, by móc cieszyć się nimi przez całe lato. Mają w sobie... to coś :)





Moje liliowce wyrosły w tym roku wyjątkowo wysoko, gailardia rozrasta się niczym chwast.





poniedziałek, 8 lipca 2013

Na przekór :)


Pierwsze niestosownie białe włosy wyrwałam tak szybko, że nawet nie zdążyłam się im przyjrzeć. To były pojedyncze nitki, widoczne tylko, kiedy przysuwałam twarz blisko lustra i niczym detektyw skrupulatnie przeczesywałam grzywę. To było parę lat temu. Od tego czasu pojawiają się nowe, jest ich coraz więcej, choć większość skupia się z przodu, po prawej stronie.

Fryzjerka przy każdej okazji podsuwała mi próbniki z farbami, opowiadała o ich zaletach, że są roślinne i nie niszczą włosów, że długo się utrzymują, zapewniała, że dobierze kolor identyczny z moim naturalnym. Parę osób, które z niekoniecznie jasnych dla mnie powodów uważały się za uprawnione w tym zakresie, zwróciło mi ze znaczącym uśmiechem uwagę, że chyba powinnam coś z tym zrobić. Mama namawiała, bym przynajmniej spróbowała szamponów koloryzujących.

Ostatnio prawie jej uległam :) Ale potem spojrzałam w lustro, wzruszyłam ramionami i stwierdziłam, iż wcale nie jest jeszcze tak źle. To może jeszcze zaczekać.

Nigdy nie chciałam farbować włosów. Lubię swój kolor - nie chodzi o próżność, gdyż wiele rzeczy chciałabym w sobie zmienić, ale wydaje mi się, że akurat z włosami natura wiedziała, co zrobić. Bo to musi współgrać - karnacja skóry, kolor oczu, włosów. Sprawdzałam zresztą modyfikując zdjęcia - nie znalazłam odcienia, w którym czułabym się lepiej.

A maskować te srebrne nitki? 

Zmieniłam fryzjerkę. Niedawno podcięłam włosy, tak do ramion, przy niewielkiej pomocy z mojej strony znów skręcają się w luźne, chaotyczne loki. W sam raz na lato. Mój mąż bardzo je takimi lubi, ja również fajnie się z tym czuję. Fryzjerka stając za mną spojrzała w odbicie w lustrze, wzięła w palce to jaśniejsze pasemko i po prostu spytała - "Robimy coś z tym?" Nie, nie chcę. "I bardzo dobrze, zaśmiała się, to do pani pasuje."

Przestałam już w ogóle dostrzegać ten biały kosmyk, wplata się w pozostałe włosy tak, jakby jedynie lśnił w słońcu. Nie przeszkadza mi. Pewno jeszcze kiedyś zacznie mi o sobie przypominać, nie zarzekam się, może kiedyś ulegnę tej presji, że siwizna jest passe i dowodzi, iż kobieta o siebie nie dba. Będę starała się jednak bronić, nie lubię bowiem, kiedy ktoś mi dyktuje, jak powinnam wyglądać. 

Uśmiecham się do mojego odbicia, nawet do tych zbyt szerokich bioder czy fałdek w miejscach, gdzie wcale bym ich widzieć nie chciała. Trudno, życie jest krótkie, a są ciekawsze sprawy, na których mogę się skupić, niż torturowanie własnego ciała czy frustrowanie się dietą. Zresztą nie wiem, jaki to miałoby sens, skoro i tak na spacerach mąż często zaborczym gestem przyciąga mnie do siebie, swoją subtelną zazdrością karmiąc moją kobiecą pewność siebie.

I dziś tej właśnie myśli będę się trzymać.

piątek, 5 lipca 2013

Jaka powinna być kobieta?


Przeczytałam niedawno felieton Hanny Samson ("WO", 29.06.2013) "Porządna i seksualna", i się zastanawiam. Dostępność tego tekstu jest ograniczona, więc pozwolę sobie przytoczyć fragment:

"Kobiety muszą dbać, by mieścić się w kategorii "porządnych i przyzwoitych", bo inaczej spotka je kara. Takie myślenie o kobiecej seksualności pochodzi z czasów wiktoriańskich, o czym pisze Naomi Wolf w książce "Wagina: nowa biografia" (...). To właśnie z tamtych czasów pochodzi głęboko zakorzenione w nas przekonanie, że jesteśmy "porządne" albo nie. Porządne kobiety społeczeństwo i państwo biorą w obronę, nieporządne są karane i stają się ofiarami przemocy. W słynnym traktacie "Funkcje i zaburzenia organów rozrodczych" z 1857 roku ginekolog William Acton pisał, że "większość kobiet (na szczęście dla społeczeństwa) nie jest niepokojona przez żadne doznania o charakterze erotycznym." I dalej: "Skromna kobieta z rzadka potrzebuje zmysłowego zaspokojenia. Poddaje się pieszczotom męża, ale przede wszystkim dla jego przyjemności." (...) Dziś wiele się zmieniło, ale nasze lęki pozostały. Na Marszu Szmat jeden z transparentów głosił: "Nie mów córce, w co ma się ubrać, powiedz synowi, żeby nie gwałcił." To przekaz rewolucyjny w naszej kulturze, zwanej nie bez powodu kulturą gwałtu."

Nad czym się zastanawiam? Abstrahując od tego, że felieton jest przynajmniej w części prowokacyjny, że ja sama wcale nie akceptuję tych "nieporządnych" i "nieprzyzwoitych" zachowań, budzą one we mnie niesmak zarówno w kobiecym, jak i w męskim wydaniu... 

Wątpliwości we mnie zaczęło jednak budzić to, co moim zdaniem "kobieta powinna"? Jaka część z moich własnych zachowań - gdy rano się maluję, wybieram szpilki czy przeglądam się w lustrze - jest efektem wyuczonego schematu, modelu ("kobieta powinna" atrakcyjnie wyglądać, starannie ubierać się, etc.), a na ile to jestem ja sama, moje upodobania i mój styl.

Zresztą w ogóle można mówić o takiej niezależności od kulturowej tradycji? Bronimy się regułami dobrego wychowania, a przecież to wszystko jest naszą kulturową spuścizną. Być może kiedyś te reguły narzucali mężczyźni (mniej lub bardziej świadomie utrwalając swoją dominację), lecz z biegiem wieków tak mocno wrosły w nasze przyzwyczajenia, iż teraz nie sposób już je ot tak wyrwać. Dlaczego to partnerki/żony częściej czują się zobowiązane, by nadal dobrze wyglądać, utrzymać uwagę drugiej strony, podczas gdy rzeczona druga strona... Hmm... Ok, chwalebne wyjątki się zdarzają. Kto z ręką na sercu może powiedzieć, że nigdy nie wyrwał mu się niepochlebny komentarz (choćby tylko w myślach) o np. zbyt kuso ubranej dziewczynie? Albo wyjątkowo niechlujnej, zaniedbanej? Skąd w ogóle wzięły się uwagi typu: "zbyt śmiało się ubrała"? Dlaczego surowsze oceny padają pod adresem kobiet, podczas gdy mężczyznom na więcej się pozwala?

Skoro już musimy mówić o zasadach - co wypada, co się powinno - przykładajmy tą miarę równo to obu płci.








środa, 3 lipca 2013

Ach, ta nasza piękna, trudna polszczyzna...


Nigdy nie uważałam się za terrorystkę językową, w szkole polski nie był moim ulubionym przedmiotem i na pewno zdarzają mi się większe czy mniejsze potknięcia... Jestem jednak bardzo wyczulona na punkcie ortografii i jej jawnego lekceważenia.

Błędy zdarzają się każdemu. Sporadyczne - rzecz ludzka, doskonale rozumiem. Ale jeśli u kogoś są one nagminne...

Czasem mam wrażenie, że dzisiaj ortografia ma coraz mniejsze znaczenie, nieważne są reguły poprawnej pisowni, byle mniej więcej oddać brzmienie słów. Błędy są coraz powszechniejsze i to tak rażące, że zapisane w ten sposób informacje są niezrozumiałe. Nie potrafię tego zaakceptować, patrzeć, jak kaleczony jest nasz piękny język. Tak samo zresztą nie podoba mi się nagminne wtrącanie sformułowań w językach obcych, ale to już inny temat :/

Przyznaję, iż odpuściłam sobie czytanie wielu ciekawie zapowiadających się opowiadań, gdyż ich autorzy popełniali zbyt wiele błędów. Raz napisałam dyskretną wiadomość, że przydałaby się chyba korekta, lecz z pełnej oburzenia odpowiedzi dowiedziałam się tylko, iż autorka maturę zdawała już dawno temu i nie czuje się zobowiązana, by pisać poprawnie... Przykre :/ Więcej tam nie zajrzałam i bynajmniej nie dlatego, że postanowiłam się dąsać. Umysł oswaja się z często oglądanymi błędami, łatwo w ten sposób samemu nabrać złych nawyków.

Przez ostatnie miesiące prowadziłam dość ożywioną "korespondencję" z wychowawczynią mojego syna. Szczerze szanuję pracę tej pani, jej serdeczne zaangażowanie, wysiłek, lecz kiedy czytałam jej uwagi w naszym wspólnym zeszycie, ręce mi opadały - ma piękny charakter pisma i spory problem z poprawnym zapisywaniem niektórych słów. Nie chcę być złośliwa, panie w przedszkolu na szczęście nie uczą dzieci pisać, ale... Gdzie podziały się standardy?

Dziś dostałam płytę DVD z uroczystości zakończenia przedszkola, elegancko oprawioną. I już na samym wstępie wita mnie napis: "Absolwęci naszego przedszkola"... Śmiać się czy płakać?

To tylko parę przykładów... Powiecie, że się czepiam?

Niedawno słyszałam od znajomej, że ona woli chodzić na filmy "do słuchania" (=z dubbingiem), bo z tych "do czytania" (=z napisami) to nigdy nic nie rozumie, nie nadąża czytać. 

Rozumiem, iż pewnych zmian nie da się zatrzymać. Jeśli większość społeczeństwa woli karmić się plastikową, wielobarwną papką, która nie obciąża umysłów i sprzyja wtórnemu analfabetyzmowi, trudno. Mam jednak nadzieję, iż dbanie o pewien poziom (zachowania, języka, etc.) będzie nadal wyznacznikiem klasy - tej, której nie da się kupić, lecz trzeba sobie samemu wypracować. Nawet, jeśli tą klasę jedynie nieliczni będą potrafili dostrzec i docenić...



wtorek, 2 lipca 2013

A57 - testy w plenerze ;)



Przyszedł czas na testy plenerowe :) Zdarzyła się luźniejsza sobota, miałam okazję wymknąć się z mężem po cichu z domu, we dwoje tylko pospacerować po dobrze znanych  kątach, nacieszyć się swoim towarzystwem pogodą i nowym aparatem :)

To zdjęcie samo w sobie niczego nie pokazuje, widać na nim za to, jak radzi sobie oprogramowanie - granica między cieniem a partią nasłonecznioną nie jest tak ostra, nie przeszkadza. Z poprzednim aparatem, by osiągnąć podobny (choć nie tak dobry) efekt, musiałam sporo namęczyć się z Photoshopem.

I znów - budynki w cieniu rozjaśnione, a mimo to niebo nie jest całkiem białe.





Autofocus pracuje naprawdę szybko. To miła odmiana :)


















poniedziałek, 1 lipca 2013

No i mamy lipiec :)


Do końca drugiej części "Alpine" już coraz mniej rozdziałów, ciągu dalszego zdecydowanie nie planuję, za bardzo już chciałabym się zabrać za coś nowego. Chciałabym dokończyć kilka krótszych tekstów, które od dawna już czekają, a potem...

***


Robert zaczerpnął głęboko powietrza próbując przywołać swój umysł do porządku i ustalić, czy to, co widział, miało miejsce naprawdę. Siedząca parę centymetrów od niego kobieta znieruchomiała w tak ulotnej pozie, że przypominała kruchą, porcelanową figurkę. Piórko uniosło się z jej dłoni i kpiąc sobie z praw fizyki poleciało leniwie ku górze, jakby tańczyło na niewidzialnej linie.

- Myślisz, że dzięki nazwom można oswoić to, co wymyka się pojmowaniu? – odezwała się jedwabistym szeptem. – Nie masz takiej władzy.

- Próbuję tylko zrozumieć.

- Sam się w ten sposób ograniczasz.

Nagle uświadomił sobie, że oczy kobiety zmieniły swój kolor na srebrne, jaśniały jakimś wewnętrznym, metalicznym blaskiem.

- Jeśli nazwiesz mnie boginią, będziesz bezwiednie czuł przede mną respekt. Jeśli uznasz, że jestem demonem, zaczniesz się mnie bać. To jednak w żaden sposób nie zmieni tego, kim jestem.

- A kim jesteś?

- Częścią tego świata, tak samo jak ty.

 ***
Wyminęła go, po czym sięgnęła po pokrowiec, by na powrót go zamknąć i wcisnąć w dłonie skamieniałego Simona. Linia jego szczęki napięła się jeszcze mocniej.

- Zabierz to.

- To prezent.

- A ja go nie przyjęłam. Teraz już wyjdź.

Marie dostrzegała wzbierającą w oczach mężczyzny wściekłość i chociaż jej serce szamotało się w piersi, chociaż jej instynkt krzyczał, aby się wycofała, nie zamierzała ustąpić. Nie mogła, nie w tej sprawie.

Po ciągnących się w nieskończoność minutach Simon wreszcie poruszył się. Nadal zaciskał kurczowo szczękę, jakby z trudem powstrzymywał komentarz, odwrócił się rzucając sukienkę z powrotem na łóżko i wyszedł. Marie z jękiem opadła na krzesło, przez dłuższą chwilę gapiła się tylko w drzwi, po czym uniosła drżącą rękę, by otrzeć spływającą po policzku łzę.
 



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...