środa, 24 października 2012

Brrr....


Zimno, paskudnie. Markotnie.







sobota, 20 października 2012

Z szumem skrzydeł... (recenzja "Archangel's Storm")


Chociaż tłumaczenie piątego tomu "Łowcy Gildii" posuwało się w iście ekspresowym tempie (ogromne brawa dla obu tłumaczy!!), dopiero teraz miałam czas na spokojnie, raz jeszcze posmakować ten tekst jako całość. Gdy czytałam go po raz pierwszy w oryginale, skupiałam się przede wszystkim na zagadkach, wciągającej fabule, a mniej na samych postaciach. 

Uwielbiam Nalini Singh za to, że zawsze mnie czymś zaskakuje, nie inaczej było z "Archangel's Storm" :) Zazwyczaj nie mam problemów z odgadnięciem tego, jak się rozwinie akcja, tutaj czekało mnie parę niespodzianek. Nie dało się nie zarwać przy czytaniu nocy :)

Jesień przyszła, zazłociła...

 
W połowie października zwykle przychodzi ta złota jesień - parę dni, tydzień tej feerii kolorów, złoto-czerwonego szaleństwa, zanim deszcz liści nie spłynie ku ziemi.. Pogoda dopisuje, nie można nasycić oczu tymi barwami.

W góry nie udało się wyskoczyć, może chociaż do lasu się w weekend wyrwiemy...




Po ostatnich tygodniach względnej równowagi, ba, chwilami nawet harmonii ze światem, nadszedł czas, gdy moje samopoczucie znów poleciało na łeb na szyję.

Ileż można tłuc w mur? Od tego boli głowa, i to ona, nie mur, w końcu pęknie. 

Marzenia nie mają dla mnie smaku, pozostają tylko fantazje, tym lepsze, im bardziej nierealne, bezpieczne, bo niemożliwe do spełnienia. Nadzieja to takie głupie słowo.

Nie mam już ochoty ani na łzy ani na rozmowę...





wtorek, 16 października 2012

Kap, kap, kap...


Życie jest do d... Tak w ogóle i w szczegółach.



niedziela, 14 października 2012

Weekend pod kocem






Trudno nie czuć rozdrażnienia, kiedy za oknem piękne słońce kusi kolorami, a człowiek walczy z bólem gardła i dreszczami. Jakby to infekcja nie mogła przyjść w brzydki, deszczowy weekend :/

Nie ma sprawiedliwości.

Brak mi nastroju do pisania tutaj... W głowie aż za dużo myśli, lecz zdecydowanie nie nadają się one do publikacji. I czasu, żeby się skupić, wciąż za mało. Zawsze jednak mogę trochę powspominać letni czas.




















środa, 10 października 2012

Kobiety są jak wino :)


Znajoma przytoczyła mi niedawno zasłyszaną przypadkiem rozmowę chłopców, którzy doszli do wniosku, iż "seks z 35-latką" to nekrofilia. Moją pierwszą reakcją było parsknięcie śmiechem, potem musiałam kopnąć męża w kostkę, gdyż tylko pokiwał w zamyśleniu głową.

Mogłabym wzruszyć ramionami, skoro mnie to (jeszcze) nie dotyczy, ale że podnoszenie tej niewielkiej już różnicy w wieku byłoby nadmierną drobiazgowością, zdecydowałam się odnieść do tego tematu. Ostatnio zresztą trafiłam na kilka artykułów typu "Dojrzałe kobiety oczami młodzieńców" czy o tzw. cougars. 

I mam swoją małą teorię, nie twierdzę, że obiektywną czy pozbawioną złośliwości, dlaczego więcej się mówi o seksie z 35-latką niż z 35-latkiem - najwyraźniej kobietom w tym wieku seks częściej się zdarza niż ich rówieśnikom, panom.

Mężczyznom łatwiej fantazjować o jędrnych ciałach nastolatek, które przeżywają zbliżenie jako takie, wlepiając w nich rozmarzone oczy, niż stanąć na wysokości zadania i zaspokoić kobietę dojrzałą. Zresztą z tą jędrnością ciała to też nie zawsze musi być prawda, a przynajmniej z moich obserwacji wynika, iż wiele pań po trzydziestce jest równie (jeśli nie bardziej) zadbana, wysportowana niż kilkanaście lat młodsze koleżanki. Jeśli dodać do tego większą świadomość, pewność siebie oraz otwartość na pomysły... Czyżby panowie szli na łatwiznę?

Nie, nie jestem ani odrobinę złośliwa :D:D:D






sobota, 6 października 2012

Czytanie ze zrozumieniem.


Korzystając z kilku dni wolnego nadrabiałam lekturę prasy, na którą na co dzień brakuje czasu. W jednej z "Polityk" trafiłam na wywiad z prof. Zbigniewem Mikołejką ("Dziad kontra baby", Polityka 38/2012). Echa burzy wokół jednego z felietonów profesora, odnoszącego się do "wózkowych", wydały mi się na tyle intrygujące, że zaczęłam szperać, by dotrzeć do oryginału.

I teraz nie wiem, czy śmiać się czy płakać.

Bo abstrahując od tego, że zgadzam się z istotą treści spornego felietonu (sama spotykam dość często ten typ kobiet, choć może nie ujęłabym swojej oceny w równie brutalny sposób), to przeraża mnie, jak mało osób zrozumiało ów krótki tekst.

Czytanie ze zrozumieniem to widać zamierająca sztuka.

Profesor Mikołejko to przedstawiciel starszego pokolenia, zręcznie operujący słowem i doskonale świadomy tego, co chce powiedzieć. Nie można mu zarzucić, że nieumiejętnie formułuje swoje myśli, podobnie jak nie można mu odmówić inteligencji, a jego wypowiedzi - choć niektórym mogą wydawać się kontrowersyjne - tak naprawdę celnie wskazują na problemy polskiego społeczeństwa. Choć nigdy nie czułam wielkiej sympatii dla filozofów, cieszę się, że znalazł się ktoś, kto miał odwagę (mniejsza o jego pobudki) włożyć kij w mrowisko.

Szkoda, że tylko nieliczni go zrozumieli.

We współczesnym świecie, operującym gotową, przetrawioną informacją, podaną w postaci prostej do przełknięcia papki, mało kto zadaje sobie ten wysiłek, by zwrócić uwagę na niuanse. Ba, czasem wydaje mi się, że tu nie chodzi nawet o niuanse, tylko samo zrozumienie treści. Czytając komentarze do wspomnianego na wstępie felietonu (dość zabawnego, tak na marginesie, zaprawionego sporą porcją autoironii) miałam wrażenie, jakby autorzy tych nieraz wulgarnych "polemik" przeczytali zaledwie jedno czy dwa słowa i już czuli się upoważnieni do wyrażenia swojego oburzenia.

Zresztą do podobnych wniosków dochodzę na co dzień. Wielu ludzi, z którymi mam do czynienia, nie słucha, nie rozumie czytanych treści, albo też przyjmuje taką interpretację, jaka jest dla nich wygodna czy prostsza. 

To smutne. I to nie rokuje dobrze na przyszłość.




O śmieciach i karach.


Tak się zastanawiam, od czego to zależy: te góry śmieci podrzucane w podmiejskich lasach, pobazgrane sprayem ściany, zdewastowane wiaty na przystankach, etc. Oczywiście wiem, że to nie tylko nasza polska specjalność.

Dla kontrastu przykład zza zachodniej granicy: ktoś spuścił olej z samochodu do studzienki na własnym podwórku. Sąsiad podpatrzył, doniósł właściwym władzom i została nałożona kara takiej wysokości, że delikwent musiał sprzedaż dom, żeby ją zapłacić.

Na czym to polega?

Restrykcyjne przepisy i służby państwowe, które potrafią je wyegzekwować?
Mentalność? 
Tradycja?
Nawyki?

Czy jest szansa, że u nas się to kiedykolwiek zmieni?


piątek, 5 października 2012

O fotografii: kwiaty


Zastanawiałam się nad czymś w rodzaju foto-poradnika. Nie czuję się jednak na tyle pewnie w tym temacie, bym mogła udzielać rad. Mogę natomiast podzielić się swoimi obserwacjami, metodami, jakich się nauczyłam od innych fotografów tudzież sama wypracowałam.

Posty o fotografii będą oznaczane etykietą "foto", wyszukiwarka jest na panelu po prawej stronie.

Zacznę od mojego ulubionego motywu - kwiatów.

Znakomita większość moich zdjęć pokazuje właśnie kwiaty. Jest tyle gatunków, kolorów, tyle możliwości spojrzenia na nie pod innym kątem, zagrania światłem, że ten temat nigdy mi się nie nudzi. I do tego nie potrzeba żadnych dodatkowych zabiegów czy manipulacji - kwiaty są wystarczająco piękne same w sobie.

Jakich reguł przestrzegam?

1. Nie fotografuję kwiatów z dużej odległości. 

Niektóre rabaty są urzekające, lecz tylko, kiedy patrzymy na nie gołym okiem. Na zdjęciu zwykle giną szczegóły, pulsująca kolorem faktura zmienia się w barwną plamę, nie zawsze interesującą.

Zdecydowanie lepsze efekty osiąga się biorąc na celownik pojedyncze kwiaty, ewentualnie grupę składającą się z najwyżej kilku sztuk. Łatwiej fotografuje się kwiaty średniej wielkości - te bardzo drobne wymagają bowiem makro, w duże trudno jest uchwycić w ciekawej kompozycji. Robiąc zdjęcia ukwieconej gałęzi staram się skupić tylko na jej fragmencie.

Doskonale sprawdza się tu uniwersalna zasada - ktoś, kto ogląda zdjęcie, nie powinien mieć wątpliwości, co jest jego tematem. Kiedy na fotografii zbyt wiele się dzieje, pojawia się kilka obiektów, z których żaden nie jest tym "głównym" (wystarczająco ostrym, umieszczonym w jednym z mocnych punktów zdjęcia), robi się chaos. Taki obrazek może mieć funkcję dokumentacyjną, ale niekoniecznie dobrze się prezentuje.

Dlatego zanim naciśnie się spust migawki dobrze jest wyobrazić sobie efekt, jaki chcemy osiągnąć.

2. Obiektyw na poziomie obiektu lub niżej.

W jednym z podręczników trafiłam na stwierdzenie, że każdy z nas jest przyzwyczajony do oglądania kwiatów z góry. Tak, jak kiedy sam idzie przez ogród. Jeżeli chcemy swoim zdjęciem zainteresować, musimy pokazać to, co znane, z innej strony.

I to zgadza się z moimi własnymi doświadczeniami - dobrze jest się pochylić, uklęknąć, a w razie potrzeby nawet położyć. Robiąc zbliżenia kwiatów trzeba zwrócić uwagę na tło. Czasem wystarczy odrobinę się przesunąć, by zamiast burego chodnika czy pstrokatego kolażu ogrodu uzyskać w tle przyjemną zieleń trawy. Czasem ciekawe efekty daje wycelowanie obiektywu do góry (o ile nie będzie to pod słońce i mamy do czynienia z pogodnym, błękitnym niebem).


3. Kolory.

Osobiście lubię zdjęcia o nasyconych, żywych barwach. Często korzystam z korekty ekspozycji, przyciemniając ją w stosunku do ustawień proponowanych przez mój aparat, a widząc jasny kwiat na tle ciemniejszych raczej liści - wybieram punktowy tryb pomiaru światła (mierząc go na płatkach) - to pomaga zachować głębię otaczającej zieleni.

Tam, gdzie nie udaje mi się to na etapie robienia zdjęcia, pozostaje jego późniejsza korekta: zwykle wystarcza przeciągnięcie centralnej części krzywej jasności w dół, nie trzeba zmieniać nasycenia.

4. Ulubione gatunki.

Nie wszystkie kwiaty, które lubię, są fotogeniczne. Być może to kwestia braku wystarczających umiejętności czy pomysłów, że z niektórymi - pomimo wielu prób - wciąż sobie nie radzę. Na przykład takie fiołki, żonkile, lilie... Nawet róże, choć królewskie w swej urodzie i tak często fotografowane, moim zdaniem wcale nie są łatwym obiektem.

Są też takie odmiany, które zawsze dobrze wypadają i są doskonałym rozwiązaniem, gdy potrzebuję zapomnieć o frustracji: dalie, hiacynty, orliki, rudbekie, gazanie, etc.etc.etc. Nie unikam wyzwań, przymierzam się więc do tych gatunków, które sprawiają mi kłopoty, szukam też nowych sposobów na te już oswojone.

5. Lepiej unikać fotografii w pełnym słońcu.

Gorący, letni dzień nie jest dobry do robienia zdjęć. Pionowo padające światło utrudnia złapanie kolorów, tworzy ostre cienie i ogranicza pole manewru. Zdecydowanie lepsze są pochmurne dni (nie te całkiem ponure, gdyż z braku słońca zdjęcia nie będą kolorowe, tylko takie... z delikatnie zachmurzonym niebem). Warunki idealne - wcześnie rano lub tuż przed zachodem słońca, gdy światło pada pod niewielkim kątem.



Obawiam się, że nic odkrywczego nie napisałam. Każdy, kto bawi się fotografią, wypracowuje prędzej czy później swój własny styl, ma ulubione motywy czy sposoby podejścia do tematu.

A poza tym... Chodzi o to, by robienie zdjęć dawało satysfakcję. Mniejsza o efekt końcowy, nie wiem nawet, czy można mówić o jakichś uniwersalnych kryteriach, które zdjęcia są dobre. De gustibus est non disputandum.




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...