środa, 29 sierpnia 2012

Kopernica


Nie wiem, czy zmieści mi się tyle zdjęć, ile bym chciała, ani czy moje komentarze będą miały jakiś sens.. ale spróbuję. Byliśmy w Kopernicy w Borach Tucholskich - jeśli ktoś lubi spokój oraz czysty las, serdecznie polecam! Nasz ośrodek położony był parę kilometrów od wsi, kilkanaście - od Chojnic. Na ścieżkach było zupełnie pusto, można było rozkoszować się ciszą..

Poza wspomnieniami przywiozłam też m.in. pamiątkę w postaci zdjęcia rtg dłoni, zawsze chciałam takie mieć, choć może nie za cenę aż takiego bólu. Ale mogło być gorzej.







Sam ośrodek składał się z 9 domków (starego typu, ale wewnątrz gruntownie odnowionych, kuchni ani łazience nie miałam nic do zarzucenia, w pokojach też było czysto) oraz świetlicy. Mały placyk zabaw, basen oraz boisko. Do jeziora było ok. 700 metrów przez las. Właściciel stworzył wyjątkowo serdeczną atmosferę, dbał o gości.




Wszędzie dookoła były takie tabliczki  :) Cały teren objęty był programem Natura 2000 - Wielki Sandr Brdy. Dla mnie możliwość spędzenia czasu w odcięciu od tego całego zabieganego świata... była ogromną przyjemnością.


Jezioro Charzykowskie, ze wszystkimi swoimi zatoczkami, z perkozami, kormoranami i bielikami jest niezwykle malownicze. Żałuję, że nie udało nam się popływać po nim, choćby na rowerku. Ale było tyle innych zajęć...



Wreszcie był czas na książki, na rozmowy... Sporo czasu spędziłam na łące z nosem w trawie, ale te zdjęcia będą w innym poście. Nasz Skrzat tryskał energią - okoliczne ścieżki pełne były "magicznych" rysunków, budowaliśmy pułapki na wężony, szałasy oraz armie rycerzy z patyków, kryliśmy się przed zasadzkami taplawców i bladaczek. Wieczorami rozgrywane były mecze badmintona (przy czym Skrzat za ciekawsze od machania paletką uznawał przeszkadzanie w grze rodzicom). Były stwory z plasteliny i zamki na plaży. I było tyle niestworzonych historii, bajek ciągnących się przez cały spacer albo i dłużej...


Tym "patyczkiem" Skrzat postanowił sprawdzać dno w jeziorze.


Nie byłabym sobą, gdybym nie skorzystała z okazji do sesji...


Grzybów było dużo, podobno, nam jednak nie chciało się za nimi chodzić. Zbierałam je jedynie wzdłuż ścieżki, jak już na jakiegoś wpadłam. I tak przez dwa tygodnie uzbierało się całe pudełko, zawiozłam mamie - na Wigilię.




Zdjęcia zdecydowanie nie oddają magii tych miejsc, intensywnych kolorów, świeżości zieleni... Nie czuć zapachu... Nie widać tej gry światła - szczególnie popołudniami, gdy słońce wisiało już nisko, a jego przebłyski między drzewami dawały złudzenie, jakby mignęła gdzieś suknia tańczącego elfa...



Było też oczywiście sporo terenów podmokłych, a co za tym idzie, pełno maleńkich krwiopijców - polecam Autan, najlepszy ze środków, jakie próbowałam. Bardzo skuteczny, nie mogliśmy narzekać na komary.



Próbowałam też oczywiście pisać, ale... zwykle kończyło się tym, że zamiast  notes gapiłam się na rozciągającą się za tarasem łąkę i polujące nad nią ważki...


W lesie trafiliśmy na niewielki poniemiecki cmentarz. Gdyby nie ogrodzenie... pewnie dawno by przepadł. Grobów i tak prawie nie dało się rozpoznać, na jedynej zachowanej tablicy udało mi się odczytać datę śmierci - rok 1900. To dziwne uczucie, taki ślad po ludziach, którzy tam kiedyś żyli. Zapomniani, nie zachowały się nawet imiona...





Pogoda dopisała. Może kilka nocy było dość chłodnych, ale to sprzyja integracji. Ważne, że nie było zimno, nie było skwarnie, cały zakres pośredni nam odpowiadał. Trafił się jeden deszczowy dzień, który zaowocował stosem rysunków, serią zdjęć kropelek na źdźbłach trawy oraz tym, że Skrzat nauczył się nie tylko grać, ale i kantować w gry planszowe.

Raz trafiła się burza z gradem. To było... mocne, kiedy nad lasem przetoczyły się potężne wyładowania. Następnego dnia znaleźliśmy w lesie wiele połamanych drzew.






Czego nam tam nie brakowało - to z pewnością yorków ;) I miejscowe i przyjezdne... Mieliśmy spore wątpliwości, czy stworzenia te można nazwać psami (gościły tam również m.in. labradory, bardzo leniwy rottweiler oraz dog arlekin, co do którego jedno z dzieci za nic nie dało się przekonać, że nie jest krową). W każdym razie trzeba było uważać, żeby któregoś nie rozdeptać, a manewrowanie samochodem było poważnym przedsięwzięciem logistycznym.








A jak nie yorki, to maltańczyki...


Dobrze, że w końcu nie zabieraliśmy naszej kotki...






To podobno skorupa jaja żurawia. Nie wiem...


W lesie człowiek jest intruzem. Dzika przyroda wchodzi z każdej strony - koło domku skakały żaby, pod domkiem - chrobotały myszy. Do nieustannego bzyczenia różnych owadów trzeba się przyzwyczaić, podobnie jak do patrzenia pod nogi, żeby czegoś nie rozdeptać.

Nie musiałam się zbytnio starać, żeby zrobić zdjęcie. Wystarczyło usiąść z kawą przy basenie... Najpierw przyszedł Zyguś, sprawdzić, co mam do kawy. Potem pojawiali się kolejni goście...






To tylko takie "streszczenia", zdjęć do pokazania mam więcej ;) Ale to przy różnych okazjach, żeby się nie znudziły.






wtorek, 28 sierpnia 2012

I po urlopie...






Urlopy mają jedną poważną wadę: szybko się kończą.

To zdecydowanie niesprawiedliwe, że ten letni trwa tylko dwa tygodnie :/ W takich chwilach zawsze zaczynam marzyć, co by było, gdyby tak jakimś szczęśliwym zrządzeniem losu okazało się, iż nie muszę już chodzić do pracy. Obyłoby się bez tropikalnej plaży i drinka ze słomką, pomysłów, czym się zająć, z pewnością by mi nie brakło.

Póki co jednak żaden cud się nie zdarzył, trzeba było wrócić do rzeczywistości (o tym, jak krótki był urlop najlepiej chyba świadczy fakt, iż nie miałam problemów z powrotem do biurowej codzienności - nie zdążyłam się odzwyczaić). 

Wyjazd był udany - las, las, cisza, zieleń. Pogoda dopisała jak należy.

Mam ponad tysiąc zdjęć, muszę z nich coś wybrać ;)

Ech... Jeszcze parę dni temu jadłam śniadanie na tarasie słuchając ptaków...








piątek, 10 sierpnia 2012

Do zobaczenia!!


Nareszcie!

Mogę odłożyć kalendarz do szuflady, szpilki do szafy - jedziemy na urlop. I nie będzie miała znaczenia pogoda, nawet z deszczem sobie poradzimy. Lasy, zagubione w zieleni ścieżki, jezioro, cisza, daleko od cywilizacji...

Wyciszyć się, zapomnieć o wszystkim, odpocząć.

Do zobaczenia około 26 sierpnia :)


Opowiadanie nr 6


"Alpine" pozostało mi jeszcze jakieś pięć rozdziałów do końca pierwszej części (a może więcej? bo zwątpiłam, czy się ze wszystkim jednak zmieszczę), część druga już rozplanowana, poza kilkoma może drobiazgami, które wymagają zagłębienia się w GoogleMaps.

W każdym razie czeka mnie jeszcze ładnych parę miesięcy spędzonych w przygnębiającym klimacie tego opowiadania. Już sobie obiecałam, że w kolejnym... musi być choć trochę więcej słońca.


Wspominałam już jakiś czas temu, iż chodzi za mną pomysł, a właściwie pomysły - po pierwsze, żeby to mężczyzna był w centrum, a dookoła niego dwie (intrygujące, tajemnicze, "i-którą-tu-wybrać") kobiety, po drugie - dodać do tego szczyptę magii, ale nie w postaci nadprzyrodzonych mocy, tylko czegoś... niekoniecznie znanego naszej nauce. Nie, nie, żadnych wampirów czy zwierzaków, raczej istot, w które wierzyli nasi przodkowie. 

No dobra, moje pierwsze skojarzenie było z chochlikami siedzącymi pod progiem. To też nie to!

Wizja tego opowiadania siedzi sobie gdzieś w głębi mojej głowy, powoli, pomalutku nabiera kształtów i kolorów. Na razie nie poświęcam jej za wiele uwagi, wiem, że to dla niej lepsze - kiedy pomysły przychodzą same. Mam to wciąż w pamięci, czasem wpadnę na którąś z tych postaci w tramwaju, pogadamy, opowie mi o sobie. Trochę lepiej się poznamy - bo ja muszę ich dobrze znać i to zanim zacznę pisać, inaczej nie byłabym w stanie opisać ich reakcji, przewidzieć, jak się zachowają w danej sytuacji. 

To jest trochę tak, jak instalowanie się aktualizacji Windows - w tle. Niezauważone, nie przeszkadzają. Czasem jednak wyskakuje okno dialogowe, żąda mojej uwagi. I wtedy skupiam uwagę, pozwalam, aby scena rozwinęła się w mojej głowie, dokładam kolejną cegiełkę do konstrukcji fabuły...


Na razie to jest wciąż jeszcze luźna historia, nie wyznaczyłam dokładnej linii akcji, nie wiem, jak się zakończy, ale już się na nią cieszę. Tym razem będzie narracja trzecioosobowa (wiem, że kiedyś bardzo na nią narzekałam, ale praca nad "Bandytą" okazała mi również zalety) - chciałabym pozwolić dojść do głosu wielu bohaterom, a może raczej - wejść do wielu głów. Planuję, żeby splatało się więcej wątków, więcej postaci...

Większość pomysłów na sceny w moich opowiadaniach pojawia się tak sama z siebie, po prostu - w którymś momencie wiem, że coś takiego zaczyna się dziać. Nie wszystko jednak przychodzi tak łatwo, samo z siebie. Zwykle nad szczegółami muszę się pomęczyć. Im bardziej banalna sprawa, tym zwykle trudniej znaleźć odpowiedź - od choćby takiego tytułu opowiadania zaczynając... Ugh... 

Potrafię sobie wyobrazić sceny, które toczą się dalej w mojej głowie, jakbym oglądała film, czuję na sobie ich emocje, ale nigdy nie widzę twarzy bohaterów. Dlatego też mam zawsze problemy z ich opisywaniem (takie proste - jak "blondyn" czy "brunetka" to jeszcze, ale żadnych dalszych szczegółów). Bo jeśli mi opis "twarzyczka wykrojona w kszałcie serca" czy "mocno zarysowana szczęka" niewiele mówi, nie widzę tego, to nie mogłabym ściemniać moim czytelnikom. Być może powinnam sobie ściągnąć zdjęcia jakichś aktorów, podorabiać im w photoshopie usterki i opisując - zerkać na te fotografie.

Zwykle mam rozrysowaną "mapkę" postaci, z wszelkimi możliwymi danymi o nich (nawet tymi, które nie mają znaczenia dla przebiegu akcji). I nad tymi danymi też zwykle muszę pogłówkować - zrobić go lekarzem czy architektem, z jakiego miasta pochodzi, w jakim stylu się ubiera i co lubi jeść, co z jego rodziną...W tej chwili nie wiem nawet jeszcze, w jakim mieści (kraju?) osadzę akcję. Może tym razem nie będę tego precyzować?




Co mogę zdradzić o "opowiadaniu nr 6"? (nie mam nawet cienia pomysłu na tytuł, ale też... nie spieszy mi się na razie)

Główny bohater prowadzi restaurację czy kawiarnię, w której zresztą często będą się rozgrywać sceny - to taki punkt scalający. Długo zastanawiałam się, czy pozostać jeszcze przy fanfiction czy pisać wyłącznie jako opowiadanie autorskie... Jak na dziś - będzie wersja FF, ale tym razem będzie ona wtórna, to WA będzie dla mnie ważniejsza (zamierzam m.in. odejść od tradycyjnego wyglądu tych "zmierzchowych" postaci). Będzie Edward, lecz... Bella się nie pojawi. A przynajmniej nie pod swoim imieniem, dopiero na końcu ujawnię, którą z kobiet była. 

Jestem bardzo ciekawa, jakie będą typowania na jego partnerkę :)

Pojawią się te najważniejsze postaci z ff (Jazz, Emmett, etc.), ale też cała gromada innych, wyjętych z mojej głowy i równie ważnych. Nie zamierzam ułatwiać odgadnięcia, jak ta historia się zakończy.

Początkowo chciałam, aby ten inny, nieznany nam świat, mocno się przenikał z naszym, tak, by podważyć wszystko, co wiemy, współczesną naukę ;) Teraz jednak skłaniam się ku subtelniejszej wersji, gdzie świat z dawnych podań będzie się jedynie lekko ocierał o życie moich bohaterów.

Tradycyjnie już będą zagadki, gra pozorów, niespodzianki.

Główny bohater, jego siostra oraz najbliższy przyjaciel, grupa znajomych zbierających się często w kawiarni (chyba jednak wolę opisywać kawiarnię, nie restaurację i mam nadzieję, że to nie odbierze mojemu bohaterowi męskości), każde ze swoimi radościami i smutkami. Pojawią się też osoby z zewnątrz, które niekoniecznie będą tym, za kogo się podają. W  życiu mężczyzny, który nie chce wchodzić w stały związek (bynajmniej nie dlatego, by nie lubił płci pięknej), pojawiają się dwie kobiety, każda inna, równie fascynująca. Nie dość, że będzie musiał między nimi wybrać, to jeszcze jego serce zostanie rozdarte z powodu zbliżającej się krok za krokiem tragedii. 

Mam nadzieję, że sobie z tym poradzę. Jeszcze nie zaczęłam pisać, a już mi przykro, że zamierzam wciągnąć ich w takie cierpienie... Ale to też wyzwanie dla mnie. Postaram się, by atmosfera całości nie była zbyt przygnębiająca. W końcu ja też lubię happy endy :)



wtorek, 7 sierpnia 2012

[*]


Każda śmierć jest czyjąś tragedią.

Czasem jednak, kiedy odchodzi zbyt młody człowiek, nagle i w tak straszny sposób, to ciężko się otrząsnąć. Szok, niedowierzanie, ból. 

I poczucie niesmaku, kiedy szczegóły wypadku można obejrzeć na zdjęciach w kilku portalach.




poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Pszczółki


Niektóre smutki nigdy nie znikają bez śladu, można jedynie nauczyć się je po części ignorować. A że życie toczy się dalej... Trzeba iść naprzód.

Ponieważ Skrzat spędza czas z dziadkami w górach, mój mąż najwyraźniej postanowił go zastąpić. Bo choć jest trochę starszy, to chodzenie do pracy z gorączką ponad 39 st. i przy antybiotykach, wiele od poziomu przedszkolaka nie odbiega. Już drugi tydzień tak walczy. Przekonać go jednak nie sposób, skoro ledwo wraca do domu - zasypia :/, tylko jęcząc, by mu herbatki podać, owocka obrać... Ughh... Zapowiada się, że skończy się to dla niego zastrzykami, dobrze mu tak.

Ale nie o tym chciałam.

Odzyskałam aparat i od razu musiałam się upewnić, czy wszystko jest w porządku... spędzam więc ostatnio czas w ogródku. Bynajmniej nie plewiąc, chociaż to by się przydało.

Pszczoły uważa się za pracowite? Moim zdaniem te stworzenia mają ADHD. Złapanie ich na kwiatku jest baaaardzo trudne, szczególnie, jeśli dopiero uczy się operowania z soczewkami makro (a głębia ostrości jest niewielka). Podmuchy wiaterku też nie pomagają.

Przyznaję, iż miałam ogromną ochotę posmarować płatki klejem.

Pszczółek będzie później więcej, zresztą mam wrażenie, że po moim urlopie może się tu zaroić od robaczków ;) Ale możliwość podejścia tak blisko kusi :)

Powinnam mieć teoretycznie więcej czasu, miałam jednak trochę zaległych spraw do zrobienia, poza tym staram się spędzać czas z dala od komputera, nie mam kiedy zająć się zdjęciami... Może zimą, gdy będzie się dłużyć...





sobota, 4 sierpnia 2012

Nic nowego


Cichy uparty głos, który liczył, że będzie mógł napisać coś innego.
Ale nie.


To kuźwa boli. Dziś jest ten dzień, kiedy świat ma bardzo ponure kolory.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...