poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Vodopády Studeného potoka


Taki widok mamy zawsze rano, idąc do elektricky... Nigdy się tym nie nasycę. Ale po kolei...

Nocujemy zawsze w części Popradu zwanej Spisską Sobotą, od lat (11? 12?) u tej samej zaprzyjaźnionej już rodziny. Wydawać by się mogło, że lepiej wybrać którąś z miejscowości u podnóża Tatr, żeby było bliżej - Poprad ma jednak doskonałą komunikację, a jest dużym miastem (taniej, więcej knajp i lepsze zaopatrzenie, bliżej w drugą stronę - do Slovenskiego Raju i innych ciekawych miejsc). 

Słowacja zawsze była bardzo tania, po wprowadzeniu euro troszeczkę zdrożało... ale nie aż tak, żeby było to odczuwalne. Noclegi - płaciliśmy za 4 i pół osoby (Skrzat) 40 euro/doba. Nie mam jednak pojęcia, jak to pani Daniela liczyła ani czy jest w tym specjalny upust. Dla przykładu - danie w restauracji to od ok. 2 euro (pirohy, halusky) do ok. 5 euro (befsztyk z frytkami i sałatką). Oczywiście, drożej też można, jak się postarać. Piwo.. nie pamiętam, ale za 0,3 l to na pewno nie było więcej niż 1 euro, raczej coś ok. 0,7 euro?? Zwykle jest tańsze niż soki.

Do Tatr dojeżdżamy elektricką - TEZ (Tatranske Elektricke Zeleznice), szybką kolejką - b. wygodną, dość szybką i nie trzeba się martwić o parking. Po długiej trasie dobrze się w niej śpi ;) Z dalszych tras, np z Tatrzańskiej Jaworzyny, można wrócić autobusem (jadąc do Popradu dobrze jest się zatrzymać po drodze na przystanku i wynotować, kiedy odchodzą ostatnie kursy, w tym roku to było coś ok 20tej). 

Może i niewyraźne, ale nie mogłam się powstrzymać, pierwszego dnia tak głodna gór - widok z okna pociągu.


Na początek prosta, spacerowa trasa, coś w sam raz dla dziecka - ze Starego Smokovca kolejką na Hrebienok i dalej do Wodospadów Zimnej Wody.

Ten dzień był trudny. Skrzacik, rozpieszczony przez ostatnie trzy tygodnie całodobową obecnością dziadków, nie mógł się pogodzić, że ruszyli w trasę, zanim się obudził (bez niego!). Dziadek pilnie poszukiwany, bez dziadka ani rusz. Szukaliśmy więc dziadka w pociągu, "goniliśmy" go na trasie. Dopiero wieczorem się znalazł.

Nóżki zaczęły boleć od momentu opuszczenia elektricky (do kolejki na Hrebienok trzeba było podejść parę metrów pod górę - gdybym nie znała swojego dziecka, pewno bym się załamała jego nastawieniem do wędrówki), i bolały nieznośnie (szczególnie kiedy mijaliśmy zjeżdżalnie i huśtawki), dopóki nie odkryliśmy cudownego środka - kawałka prostego kija. Kij, służący do machania, grzebania w błocie, rysowania węży na szlaku tudzież tłuczenia nim po kamieniach, sprawdzał się przez większość drogi. Kiedy dziecko trochę oklapło (nóżki są jednak jeszcze mimo wszystko małe) - pomógł postój na potokiem i rzucanie kamieni do wody (jak to się łatwo odzyskuje energię przy takich zadaniach). Rozochocony młody człowiek był bliski usypania z nich tamy na potoku i co najmniej kilka razy poleciałby do wody wraz z kamieniami, gdybym go nie trzymała. Kiedy próbowałam go odciągnąć, rzucał czym popadnie, byle gałązką, byle żwirem, byle coś rzucić. Ech, matka już jest za stara, nie rozumie, jak fascynujące są to zajęcia.



Wejście do obu dolin - Mala Studena dolina i Vel'ka Studena dolina (trasy niezwykle malownicze i stosunkowo proste - o ile skończyć je przy znajdujących się na górze chatkach, a nie pchać się dalej na strome przełęcze). Oj chciałoby się tam pójść, chciało...

Na dole grzało nas słońce, wyżej - wisiały nieustępliwe chmury.


Lasy w Słowackich Tatrach bardzo ucierpiały. 19 listopada 2004 r. potężna wichura o sile orkanu zniszczyła ok. 14.000 ha lasu. U podnóża gór zieje łysy pas o szerokości ok 3-5 km i długości ok. 50 km. Straty były ogromne. Ktoś, kto nie widział tego lasu wcześniej, kto nie oglądał na własne oczy zniszczeń... Pamiętam ten szok, kiedy po raz pierwszy sama zobaczyłam, co tam się stało...

Później przyszły kolejne wichury, lasy umierają nadal... Przyczyn tej katastrofy jest wiele - monokultura sadzonych przez leśników 40-110 lat temu świerków ("naturalne" lasy nie ucierpiały tak bardzo), szkodniki, zanieczyszczenie środowiska...

Widok, który łamie serce...




Ja pamiętam w tym miejscu piękny, gęsty las! Szło się w chłodnym cieniu starych, dostojnych świerków, słuchając ptaków... Człowiek i środowisko :/


Brakło mi odwagi, by zrobić mu zdjęcie z przodu. W Słowackich Tatrach prowiant i wodę do wysokogórskich schronisk wciąż dostarczają szerpowie. Nie zarabiają wiele, tu chodzi raczej... o ambicje, prestiż, może jakiś trening. 

Podziwiam ich. Jeśli ja pocę się na podejściu, mając na sobie wyłącznie plecak z ciepłym ubraniem, wodą i czymś do jedzenia... Turyści zawsze zeskakują im z szacunkiem z drogi. Co ciekawe - ceny w tych chatach wcale nie są wygórowane. W porównaniu z naszymi polskimi schroniskami - są wręcz śmieszne...


Planowałam przejść się Magistralą (szlak wiodący dookoła Tatr, na wysokości ok 1000-1300 m.n.p.m.) aż do Chaty Zamkovskiego, nie przeszliśmy nawet połowy tej drogi, ale.. i tak było super. Skrzacik był jeszcze za mały na dłuższe łażenie, zbyt rozbrykany, by ryzykować z nim przejście po śliskich kamieniach (a wiem, że Wdsp Obrovskiego wylewa po deszczu), za duży już natomiast, by go nosić. Nie spieszyliśmy się, ciesząc się pogodą i swoim towarzystwem.

Vodopády Studeného potoka (Wodospady Zimnej Wody) - co tu dużo mówić, lepiej popatrzeć. Żałuję tylko, że zaczynało się robić późno i musieliśmy zawrócić, mogłabym spędzić przy nich cały dzień, położyć się na nagrzanym w słońcu kamieniu i gapić się, gapić, gapić.




Choć prawie cały dzień towarzyszyło nam słońce, w drodze powrotnej złapała nas rzęsista ulewa... Warto nosić wypchany plecak. Skrzat zasnął w pociągu, więc siedzieliśmy później na dworcu, żeby sobie dospał... Wieczorem znów się rozpogodziło, o i nawet Lomnicky Stit widać, zwykle chowa się za chmurką...


niedziela, 28 sierpnia 2011

Wszystko co dobre...


Szkoda, że dwa tygodnie uciekły tak szybko. Teraz trzeba się na nowo przestawić na tryb - "codzienność".

Udała się nam pogoda, udało się z miejscami, w których spędzaliśmy czas. Pierwszy tydzień - na dawno nie widzianej Słowacji, drugi - w Małopolsce, w bardzo cichym (hmm... ze stadem rozwrzeszczanych maluchów - ale to było w planie), sielankowym miejscu. Co prawda miałam wrażenie, że ciepło z całego lata skoncentrowało się w czasie tych paru dni... ale zawsze można było zaszyć się z kocem w cieniu albo poszukać ochłody w Rabie...

Mam sporo zdjęć, muszę je jeszcze ogarnąć...


Pierwszy tydzień spędziliśmy z moimi rodzicami. Zamienialiśmy się opieką nad Skrzacikiem, tak że wszystkim nam udało się zakosztować gór (po 3tygodniowym "turnusie" dziadkowie wciąż nie mogli się rozstać z wnusiem, a on z nimi).




Widok Tatr z Popradu - o tej porze już niewyraźne, ale i tak muszę przystanąć...


piątek, 12 sierpnia 2011

Do zobaczenia!


Nareszcie :) Dwa tygodnie urlopu :) I nawet deszcz nam ich nie zepsuje (choć osobiście wolałabym ładną pogodę).

Nie zdążyłam przed wyjazdem przygotować niespodzianki w postaci miniaturki, będzie dopiero we wrześniu. Ale w zamian mam fragment opowiadania, którym zajmę się po "Bandycie" - to z końcówki 1 rozdziału. 


"Dopiero po chwili zorientowałam się, że było idealnie cicho. Nie docierał do mnie ani szum wiatru, ani żadne szemranie wody. To nie tak, że miałam doświadczenie, jak wyglądają noce na pustej szosie, w sercu Gór Skalistych, jednakże ta cisza była… niesamowita.



Odruchowo przylgnęłam bokiem do biodra Jaspera i rozglądałam się dookoła, pomimo iż mój wzrok nie był w stanie przeniknąć otaczającego nas mroku. Unosząc głowę do góry, dostrzegałam zarys gór na tle nieba, ale poniżej była już tylko czerń.



Ciemna, bezksiężycowa noc w lesie.



Mimowolnie wzdrygnęłam się.



- Bella? Zimno ci? – Jasper objął mnie ramieniem. – Może jednak wsiądziesz do samochodu?



- Nie, nie. Jest dobrze. – Pokręciłam głową, przytulając policzek do jego ramienia. – Po prostu trochę dziwnie się czuję w tej ciemności.



- Ze mną jesteś bezpieczna, kotku. – Uśmiechnął się, zacieśniając uścisk.



Zerknęłam do góry, na lśniące w ciemności oczy mężczyzny. Choć znaliśmy się dopiero od paru miesięcy, nie miałam wątpliwości, że Jasper był wyjątkowym przyjacielem. Pełen humoru, zawsze rozpogadzał moje dni i ochoczo dołączał się do moich szalonych pomysłów, cierpliwy, kiedy przychodziło mu stawić czoła tej bardzo kobiecej stronie mojej osobowości. Przez ostatni, czarny tydzień był dla mnie oparciem, jedynym pewnym elementem w tym chaosie cierpienia i strachu.



Mój świat się zawalił, lecz Jasper trwał przy mnie. Był dokładnie tym, czego teraz potrzebowałam.



Ból w moim sercu był jeszcze zbyt świeży, bym mogła myśleć o przyszłości, jednakże… zastanawiałam się, czy ten mężczyzna kiedyś mógłby stać się kimś więcej niż tylko przyjacielem?



Bez wahania mocno się do niego przytuliłam, czując, jak jego ramiona oplotły się wokół moich pleców. Ten gest zupełnie pozbawiony był podtekstów, nie zliczyłabym, ile razy w ciągu ostatniego tygodnia mnie obejmował, kojąc mój płacz. Teraz również przyłożył policzek do czubka mojej głowy i łagodnie nami zakołysał.



- Uszy to góry, Bello. – Przyozdobił usta tym swoim specjalnym, czarującym uśmiechem. – Dasz radę, a ja będę przy tobie.



Zanim zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć, gdzieś daleko za moimi plecami coś trzasnęło, a po chwili rozległ się dziwny dźwięk, ni to śmiech ni to wycie. Nie był zbyt głośny, lecz i tak włosy zjeżyły mi się na karku. Wystraszona przylgnęłam bliżej do Jaspera, mając wrażenie, że moje serce zaraz wyskoczy z piersi.



Tylko się przesłyszałam, tylko się przesłyszałam, tylko…



Dźwięk się jednak powtórzył. Jasper również musiał to słyszeć, gdyż drgnął i skierował światło latarki w kierunku, z którego dochodziły te odgłosy. Mała lampka nie przełamała ciemności, lecz pozwoliła nam dostrzec wypełzające z lasu, tuż przy samej ziemi, blade języki mgły. W słabym, migotliwym świetle wydawały się poruszać jak żywy organizm.



Mimowolnie zaszczękałam zębami i wpijając palce w plecy mężczyzny skuliłam się przy jego piersi.



Cholera!



Czułam się jak w filmie, jakimś horrorze, na moment przed tym jak z ciemności wyłoni się potwór. To było tak prawdziwe, że aż nierealne.



- Cii… To tylko mgła. – Jasper nachylił się, szeptają tuż przy moim uchu. – W lesie jest zawsze dużo wilgoci, a dzisiejsza noc jest chłodna.



Być może uwierzyłabym mu, gdyby nie niepokój, który wyraźnie słyszałam w jego głosie. Niespodziewanie coś ryknęło po przeciwnej stronie i mogłabym przysiąc, że było to jakieś zwierzę.



Zdecydowanie dzikie, groźne zwierzę.



Ku mojemu zaskoczeniu Jasper mruknął coś pod nosem, teraz dla odmiany z poirytowaniem. Ciasno przytulona czułam, jak jego mięśnie się napięły, a serce głośno dudniło w klatce piersiowej, do której wciąż przyciskałam głowę. Dłoń mężczyzny spoczywająca na moich plecach zacisnęła się kurczowo.



- Cullen! – Krzyknął z wyraźnie słyszalną wściekłością w stronę spowitego nieprzeniknioną czernią lasu. – Przestań się bawić!



Zadrżałam. Jasper nigdy nie bywał zły.



- Możemy wsiąść do samochodu? – Spytałam dzwoniąc zębami.



Nie miałam pojęcia, dlaczego tak zawołał, wiedziałam jednak, że byłam na krawędzi paniki. Wyczerpana stresem minionych dni nie miałam już siły.



- Jasne, chodź. – Zamruczał, maskując swoje emocje, i podprowadził mnie do drzwi, nie wypuszczając z objęć.



Z ulgą opadłam na fotel, pozwalając mu zatrzasnąć drzwi. Ani na moment nie spuszczałam z niego wzroku, kiedy obchodził samochód dookoła, i dopiero kiedy wsiadł ze swojej strony, odważyłam się odetchnąć.



Bez słowa ponownie sięgnął do stacyjki i tym razem silnik zaskoczył.



- No proszę. – Mruknął pozornie zadowolony.



Nie mogłam jednak nie zauważyć, że jego ramiona wciąż były napięte, a dłonie zaciskały się mocno na kierownicy. Wolałam się nie zastanawiać, co go tak zdenerwowało, nie czułam się na siłach.



Światła rozświetliły mrok na drodze, zahaczając nieco o boki. Zanim zdążyłam to sobie przemyśleć odwróciłam głowę i w miejscu, w które jeszcze przed chwilą wpatrywał się mój przyjaciel, na granicy ciemności i mgły, dostrzegłam świecącą parę oczu.



Znajdowały się zdecydowanie nie na tej wysokości, na jakiej spodziewałabym się ludzkiej głowy.



Sporo niżej."


czwartek, 11 sierpnia 2011

Szlachetne zdrowie...


W naszym kraju lepiej nie chorować. To zdecydowanie niebezpieczne dla zdrowia. Modlę się, aby nie spotkało nas nic poważniejszego niż przeziębienie czy łagodna odmiana grypy.

Bo jak to jest, że idę z dzieckiem do dwóch polecanych specjalistów, z których każdy stawia inną diagnozę, wypowiadając się lekceważąco o tym drugim, a żaden mi nie powie, jakie badania mogłabym zrobić, aby mieć w końcu pewność? Jak to jest, że jadąc z dzieckiem na pogotowie trzeba czekać nieraz 3-4 godziny w kolejce, nieważne, że dziecko leci przez ręce i wymiotuje? Jak to jest, że kolejni lekarze wypisują ciężko chorą kobietę do domu, odmawiając wykonania dokładnych badań pod pretekstem etyki lekarskiej, a jednocześnie wciskają w dłoń wizytówkę do swojej prywatnej kliniki? Ciekawe, czy któregoś z nich ruszy sumienie, kiedy pacjentka umrze kilka miesięcy później w ciężkich bólach?

Ilu lekarzy głębiej zainteresuje się samopoczuciem pacjenta, nie spiesząc się tylko, by odhaczyć numerek na liście?

Może jestem dziś rozgoryczona. Wiem, że uogólnianie jest zazwyczaj bardzo niesprawiedliwe. Wielu lekarzy wybrało ten zawód czując do tego prawdziwe powołanie. Dokładają wszelkich starań, by ratować ludzkie zdrowie i życie. Szanuję ich, bo to żmudna i odpowiedzialna praca. Jednakże na co dzień mam wrażenie... że większość to jednostki zaślepione chciwością, niedouczeni, bezduszni ignoranci.  

Primum non nocere.

Ciekawe, że Hipokrates brzmi coraz bardziej jak hipokryta.

 

To się tyczy nie tylko lekarzy. Wszędzie tam gdzie w grę wchodzą większe pieniądze, z ludzi wychodzą najgorsze ichnajgorsze cechy - zawiść, okrucieństwo, bezwzględne dążenie do celu. Kłamstwa i manipulacje są bardzo wygodnymi narzędziami, a zarobek stał się ważniejszy od poczucia przyzwoitości.


poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Refleksje o sprzątaniu


Nie znoszę sprzątać. Wolałabym już kopać doły czy nosić kamienie, byle nie sprzątać.

Przy okazji dowiedziałam się, że mój mąż lubi, kiedy zmywam podłogę na kolanach. Miałam duży dylemat, czy mu przyłożyć mokrą szmatą po nogach czy też raczej jednak nie...

Spostrzeżenie drugie - nie jest dobrze słuchać muzyki przy sprzątaniu. Przynajmniej, kiedy się robi coś na drabinie.

Eee... Wspominałam już, że nie lubię sprzątać?




niedziela, 7 sierpnia 2011

Uwaga do panów "fachowców"


Spędzam w domu więcej czasu niż mąż, toteż zawsze na mojej głowie było "czuwanie" nad wszelkiego rodzaju fachowcami czy majstrami, układającymi nam czy to kafelki czy instalacje czy coś jeszcze. Nie wiem, na czym to polega, nie chciałabym też nikogo obrazić mówiąc o "mężczyznach określonego pokroju", ale wkurza mnie, iż tak niewielu potrafi skupić się tylko na swoim zadaniu, nie zwracając uwagi, czy pracują dla mężczyzny czy kobiety. Obleśne komplementy, dwuznaczne uwagi czy sugestie, a także zwykłe gapienie się... Do tego również ta idiotyczna wyższość - przecież kobieta z całą pewnością nie wie, czego chce... Z facetem dyskutować nie będą, zrobią, co sobie życzy.

Ughh... Powinnam już wystarczająco znać ludzką naturę i mieć w sobie wystarczająco opanowania, by to po mnie spływało. Widać jednak jestem za słaba, gdyż strasznie mnie takie sytuację drażnią. 

Nie jestem obiektem! Nie życzę sobie, aby traktowano mnie inaczej, niż mojego męża!

Do mojego męża nigdy nie docierało, dlaczego tak się wymiguję od załatwiania spraw z "fachowcami". Nie mógł pojąć, dlaczego się "boję" - mechaników, hydraulików, etc. Tak, jasne, boję się. Wczoraj jednak musiał usłyszeć coś z rozmowy panów, którzy montowali nam okna, bo choć miał pilną sprawę do załatwienia poza domem, to z zaciśniętą szczęką oznajmił mi, że się nie ruszy, dopóki sobie nie pójdą. Uff... Chociaż tyle...


Jeszcze jedno malowanie i możemy zacząć sprzątać.


Ilekroć wydaje mi się, że się już pogodziłam ze stanem rzeczy... to wraca. Fala smutku, sprowokowana przez nieostrożną myśl, niepokorne marzenie, które wymknęło się spod kontroli, czy widok, który aż kłuje w oczy... 

Dlaczego, do jasnej cholery?? Dlaczego??



czwartek, 4 sierpnia 2011

Remont


Remont.

Jestem przerażona, pomimo iż to był mój pomysł (a może właśnie dlatego?). Tym razem nie będzie duży, ale bardzo brudzący. W całym mieszkaniu panuje chaos. Zamknęłam się z kotką w sypialni i tak sobie siedzimy obie, martwiąc się.

Chociaż nie. Ona leży na plecach i mrucząc podsuwa mi brzuch do głaskania. Nie wygląda na przesadnie zgnębioną. Właściwie to... ma się całkiem dobrze.

Tylko mi słabo na myśl o sprzątaniu tego wszystkiego.


Popełniłam błąd. To było nieprofesjonalne i nie mogę się tłumaczyć (bo pośpiech i nawał zadań do wykonania jest kiepską wymówką), zasłużyłam na upomnienie. Ale czy przy tej okazji trzeba było mnie zgnoić? 

Można się starać, przez wiele lat być dobrym pracownikiem i nie doczekać się najmarniejszej pochwały. Ale wystarczy pierwsze przewinienie i już lecą gromy. To jest kuźwa bardzo demotywujące.


środa, 3 sierpnia 2011

Już niedługo!





Za ok 1,5 tygodnia będę mogła odetchnąć świeżym, rześkim powietrzem!


Ostatni raz byłam tam 4 lata temu (a i wtedy ze względu na zaawansowany stan za wiele nie pochodziłam), to zdecydowanie za długa przerwa... Skrzacik jest jeszcze co prawda zbyt mały, żeby się wspinać gdzieś wyżej, jednakże postaramy się mu pokazać tyle, ile będzie się dało. Atrakcji tam nie brakuje. Kolejki, kupałki, jaskinie... A może dziadkowie zechcą zrobić sobie dzień odpoczynku zostając z wnusiem, a ja ze ślubnym wymknę się na szlak?






Zdjęcia są stare, sprzed paru lat. Ale góry są chyba nadal na swoim miejscu.

Po fotce poniżej - krajobraz po Velkej Kalamicie - huraganie, który w listopadzie 2004 r. spustoszył słowacką stronę Tatr. To była naprawdę katastrofa, powalonych zostało wiele kilometrów wiekowego lasu...



Slovensky Raj - tego też już nie mogę się doczekać. Choć adrenalina skacze mi na samą myśl o tych wszystkich drabinkach... 


I jeszcze szerpa - zaopatrzenie do wysokogórskich schronisk dociera na plecach, najczęściej młodych mężczyzn, którzy wytrwale kursują w górę i w dół, nosząc ogromne, ważące zazwyczaj kilkadziesiąt kilogramów ładunki.


wtorek, 2 sierpnia 2011

Słabostki



Lubię moje świecidełka.

Znaczną część korali czy kolczyków sama zrobiłam, bawiąc się w nawlekanie kamyków, muszli, kryształków, piórek czy perełek. Trochę cierpliwości, za to później tyle satysfakcji... Jak nie korale, to zawsze mogę wykorzystać te drobiazgi, aby uszyć karnawałową maskę, której nigdy nie założę (ale dobrze się bawię zdobiąc ją), naszyć na poszewkę czy ozdobny woreczek, w który zapakuję komuś prezent...

Lubię moje kwiatki na balkonie i w małym ogródku, ale tylko na etapie sadzenia. Później... jakoś zwykle o nich zapominam.

Lubię biegać (choć naprawdę rzadko mam na to czas), pokonywać własną słabość i przezwyciężając opór obolałych mięśni wspinać się na górskie przełęcze. Lubię ciszę, którą oferuje las.

Lubię kawę, tą, którą robi mi mąż. Dobrze dobiera proporcje.

Lubię... robić zdjęcia.

Jeszcze parę pewnie rzeczy też lubię...





I znów miesiąc minął.

Za szybko.

Zdecydowanie za szybko.



Przede mną te najtrudniejsze rozdziały "Bandyty". O dziwo jednak te właśnie najlepiej mi się pisze. Jestem co prawda zmęczona, huśtawka B. daje mi się we znaki, a i nastrój jest... przygnębiający. Nie potrafię pozostać obojętna wobec tych intensywnych emocji, nie byłoby to zresztą wskazane, jeśli tekst ma brzmieć wiarygodnie.

Skoro jednak tak sobie wymyśliłam, trzeba dawać radę, czyż nie?

Spoiler ;)

"(...) Palce mężczyzny zacisnęły się na jej ramieniu tak, że z oczu dziewczyny popłynęły kolejne łzy, tym razem z bólu. Miedzianowłosy zignorował jej jęk, a jego pierś zawibrowała w głuchym warknięciu. Coraz ciężej dysząc wpatrywał się w kochankę z palącą intensywnością, czekając, aż zaprzeczy, aż przyzna się, że to był głupi żart, zupełnie nie na miejscu. W miarę jak pojmował, o czym mówiła, jego ciemniejących oczach narastała furia, rozprzestrzeniająca się po całym ciele. (...)"



Jutro muszę przygotować mieszkanie do remontu. Brrrr.........
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...